Monthly Archives: Maj 2011

Chudnąć bez ofiar : )

Kiedy zimą przypadkiem znalazłam się w pewnym domu, zdrętwiałam: na dworze trwał mróz, a na stole królowały surówki i sok owocowy . Koleżanka  diabetolog (od jakiegoś czasu  nie zalecająca insuliny ani innych drastycznych metod leczenia i bardzo z efektów zmiany podejścia zadowolona ), której pacjentka usiłowała to właśnie skonsumować, oświadczyła desperacko : „Nie mam już siły, ona prędzej padnie niż schudnie”.

W istocie, dziewczyna wyglądała na wyczerpaną, była blada, słaba..i gruba .
I  nic dziwnego .W morzu mądrości zalewających nasz literacki, kuchenno-medyczny rynek niektórzy tracą orientację i …próbują wszystkiego naraz . Najlepiej od razu. Aktywnie pomagają im w tym osoby bazujące na programach obowiązujących w polskich placówkach kształcenia, przyczyniających się do takich wyników zdrowotnych, jakie każdy widzi . Dopiero od niedawna widać zainteresowanie metodami starych medycznych systemów – a i to nie wszędzie – i od niedawna pojawiły  się osoby pragnące wnieść w „jedyną słuszną drogę żywienia” odrobinę świeżości i elastyczności . I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie mały szczegół, mianowicie pomieszanie z poplątaniem .

Efektem wyżej wymienionego stały się publikacje informujące, że ” odchudzać można się o każdej porze roku „, że „w lecie się chłodzimy „, a ” w zimie ogrzewamy „i że to dotyczy każdego .

Najczęściej publikacje tego typu pomijają fakt najważniejszy : indywidualności każdego człowieka, co owocuje zniechęceniem do wyjścia poza ramy państwowej edukacji  żywieniowej i zdrowotnej w ogóle .

Tymczasem, o ile w każdym systemie medycznym regionów świata znajdziemy ciekawe metody utrzymania zdrowotnej równowagi, to chciałabym na początku zachęcić Państwa do zapoznania się z zarysem nauk chińskich .Prawdą jest, że Chiny daleko, stąd nie każda metoda, nie każdy środek i nie w każdym przypadku będą odpowiednie dla Europejczyka, ale mam nadzieję, króciutki zarys podstaw spojrzenia na pożywienie wg Chin pozwoli Państwu na inne niż do tej pory czytanie dostępnej literatury i właściwsze korzystanie z owej. Poza tym, uprawianie dotychczasowej polityki zdrowotnej fundowanej nam głównie przez przemysł spowodowało tak koszmarne skutki, że starochińskie podejście do tematu wydaje mi się najwłaściwszym, by zacząć naprawę: naprawę naszego stosunku do zdrowia .Pisząc poniższe mam na uwadze, że Czytelnikom znane są pewne terminy i teorie, a jeżeli nie – że potrafią sięgnąć do literatury i zdobyć niezbędne informacje .

Patrząc na aktualne zaburzenia  występujące w społeczeństwie Zachodu, którym i my się staliśmy, nie można nie zauważyć (u większości ) osłabienia systemu immunologicznego  i rosnącej tendencji do otyłości .

Jeżeli przyjrzeć się przeciętnemu pożywieniu Europejczyka, to dominują potrawy zimne . Nie chodzi jednak o „zimne” w sensie „z lodówki”, choć i to ma znaczenie, ale o zimno w znaczeniu TCM- tradycyjnej medycyny chińskiej, w której temperatura oddziaływania danego pożywienia na poszczególne organy jest pierwszym kryterium jego stosowania i znaczenia .

Na przykład, napój z lodówki jest oczywiście zimnym (poza alkoholem, który dopiero schłodzony- rozgrzewa, jednak na krótko ), ale jako „zimne” określa się też sporo produktów niegotowanych .

Ważna jest też charakterystyka temperatury pożywienia.

Np.mięta ochłodzi organizm ,kiedy wypijemy ją na gorąco. Banany schłodzą, kiedy są zjedzone surowo-w wielu dolegliwościach wręcz są niewskazane, ale pieczone z miodem – jak w chińskich knajpkach – rozgrzewają . 

Jabłka- to neutralne ciepło, zależnie od ich wyglądu, stopnia dojrzałości – aż do lekkiego chłodu, ale pieczone z rodzynkami, cynamonem i odrobiną miodu – ogrzewają i są wręcz lekiem.

Woda mineralna chłodzi, wprost z lodówki- chłodzi agresywnie .

Zaszeregowanie środków wedle działania temperatury w ciele ma zastosowanie i w produktach spożywczych i w lekach TCM, a właściwie , wedle starego cytatu- pożywienie jest tam lekiem, a lek- pożywieniem .I nikt, od jakichś 5000 lat nie zgłasza o to pretensji : ).

Drugim, obok oddziaływania temperatury na organy, kryterium doboru pożywienia/leku jest smak .Smak wskazuje bowiem, który obszar organizmu będzie odżywiony.

Tak popularne dziś cierpienia „środka” – śledziony, żołądka – to wynik oddziaływania zimna i słodyczy.

To w ” środku” pali się tzw.trawienny ogień. Nie może on być zbyt wysoki, ale i nie może pełzać – stąd konieczność właściwego odżywienia go .Silny ogień spali wprawdzie i mokre drewno ,ale w końcu osłabnie .Podobnie, zmęczony człowiek marznie , „trzęsie go”, nawet, gdy na dworze upał.

Stabilny system immunologiczny potrzebuje odpowiedniego poziomu ciepła .

Co znaczy „odpowiedniego” ?

Tutaj musimy odwołać się nie tylko do indywidualnej struktury człowieka, ale i chcąc nakreślić sprawę ogólnie, do jego wieku .

W pierwszej fazie życia, pod którą w Chinach uważane jest 7 lat u dziewcząt i 8 u chłopców, mamy do czynienia z fazą przemiany w żywiole wody : dzieci są więc szczególnie wrażliwe na zimno .Ta faza odpowiada kręgowi funkcyjnemu nerek, a podstawą ich energii Yang jest produkcja ciepła .

Dlatego tak ważne jest gotowanie dla maluchów i niepodawanie im produktów wysoko przetworzonych .Odnośnie zaś kwestii rutynowego traktowania zdrowia maluchów polecam stronę www.dziecisawazne.pl , gdzie doskonale zajęto się wdrażaniem pozytywnych zmian w ww.temacie.

Proszę zauważyć, że w wieku dziecęcym przeziębienia, jeżeli są połączone w zaburzeniami trawiennymi, prawie zawsze przechodzą w formy chroniczne .

Mówiąc o „mokrym drzewie ” Chińczycy opisują produkty, które w ilościach nadmiernych powodują zakłócenie równowagi i następnie – zagaszenie trawiennego ognia, a są to :

-mięso (poszczególne gatunki mają wprawdzie różne właściwości , jednak mięso , ogólnie nie powinno być pokarmem dominującym )

-mleko i mlekopochodne 

-owoce południowe

-tofu

-pomidory, ogórki (surowe )

-większość soków owocowych

-woda…..

Naturalnie trzeba też dbać o własne płyny, więc soki, woda są w rozsądnych ilościach niezbędne, ale kiedy ogień zalewany jest zbyt dużą ilością cieczy, człowiekowi brak siły, ciepła do osuszenia „wewnętrznego ogniska”-powstają szkodliwe tzw. śluzy -w ujęciu chińskim to chorobotwórcze energie o charakterze szlamu.

Denerwujemy się, kiedy cieknie z nosa, ale to jest wentyl bezpieczeństwa, tymczasem niektórzy usiłują ten wentyl uszkadzać wysuszającymi aerozolami zamiast zająć się problemem od wewnątrz.

Kiedy szlamu jest o wiele za dużo, dochodzi do np.zapalenia ucha – dlatego tak ważnym jest zacząć od wewnątrz, nie- zwalczać tylko to, co widać.

Dzieci, karmione w dobrej wierze mlekiem, bananami, soczkami pomarańczowymi, chodzą z cieknącymi noskami i bolącymi uszami cały rok, a przecież tak być nie musi .Z owoców – brzoskwinie w sezonie, zimą pieczone jabłka, orzechy, gotowany ryż, rodzynki, gotowana marchewka, kozi ser …czy to takie wielkie poświęcenie, aby dziecko miało zdrowe nerki ? 

Dlaczego podajemy im zgruchotany owies nazywany „płatkami”, zalewając to mlekiem pełnym hormonów, antybiotyków ….? Dlaczego nie widzimy, że taka „owsianka” daje o sobie znać jeszcze wieczorem, bo jej trawienie wymaga potężnego wysiłku ? Jeżeli mielibyśmy dostęp do grubych płatków, nie – doszczętnie spłaszczonych – w porządku, ale i tak byłoby to do zaakceptowania (przy solidnym żuciu ) dwa-trzy razy w miesiącu, na wodzie. Dlaczego lekceważymy soczewicę, gotowaną z rodzynkami i orzechami włoskimi, a dającą wspaniałą energię ?

A ryż z wody, shi fan ? Gotuje się go 4- 6 godzin, aż ujrzymy papkę, ale to doskonały środek dla śledziony, przy tym świetny lek na zaparcia, puchliny, obrzęki .

Zimą obserwowałam dzieci jedzące na podwórku przeciętny, przemysłowy jogurt .To niewybaczalne : pomijając jego jakość, sam charakter zimna sprawia, że nie powinien się pojawić o tej porze roku w rękach dziecka, a już na pewno nie na dworze.Po nim szły kanapki z pomidorem i ogórkiem – przy takim sposobie odżywiania nie dziwi cherlawość wielu polskich maluchów .Nie dziwi, ale strasznie boli.

 Gdy jakoś przebrniemy pierwszy etap życia, mamy drugi  : 7-14 dziewczynki, 8-16 chłopcy, czyli faza drewna, więc napięcia i gorąco.Daje o sobie znać funkcja wątroby, której podstawową chrakterystyką jest rozwój siły .

 Wątrobą nie tylko się denerwujemy (słaba wątroba=szybkie denerwowanie się), ale i rozwijamy indywidualną energię życiową i kierujemy ją na zewnątrz. Przy nieodpowiednim odżywianiu zaczynają się problemy z działaniem gorąca i wiatru: migdały, trądzik, zatoki, zapalenia oskrzeli ….Chipsy, ostre sosy, więcej mięsa, serów, leki, pojawia się kawa, alkohol, nikotyna – każde to impuls wrzątku w organizmie, który właśnie wszedł w fazę ciepła i potrzebuje to ciepło utrzymać na odpowiednim poziomie, nie zaś – wzniecać w niszczący ogień.

Systemy filtrów nie nadążają i powstają ciężkie śluzy energetyczne -w TCM- nie „zimne i przejrzyste, cienkie „, ale tzw.gorący śluz- skoncentrowany.U nastolatków odpowiada on za egzemy . Najczęściej próbuje się je „zaleczać ” od zewnątrz, co nie ma z leczeniem nic wspólnego : pozostawiony pod powierzchnią skóry, silnie zakumulowany, stanowi prawdziwą bombę zegarową .

W wieku nastoletnim odpowiedzią na młodzieńcze objawy nadmiernego gorąca będą surówki, jednak nie można przegapić momentu, kiedy ogień się wyrównał i przejść na warzywa gotowane .A dzieje się to najpóźniej pół roku od zmiany diety .

Dorastamy i…płacimy za to, co jedliśmy do tej pory .Jeżeli odżywialiśmy się prawidłowo , możemy cieszyć się próbowaniem dosłownie wszystkiego ,ale przeważnie….

Matki są wyczerpane macierzyństwem i codziennością, między 35 a 42 rokiem życia masowo przybierają na wadze: to efekt dotychczasowego menu, które doprowadziło do ubytku nerkowego i trawiennego ognia, odpowiedzialnych za regularne czyszczenie organizmu, więc : efekt zaszlamienia.

Kobiety (głównie) zaczynają jeść „sałatę i soczki” – tak, to mało kalorii, ale przy okazji dodatkowo ochładza się trawienny ogień .Po tzw. dietach ogień jest coraz słabszy, kalorie coraz gorzej trawione = znowu tyjemy .

A wystarczy podtrzymywać ogień nerek poprzez neutralne do ciepłego jedzenie (zboża , np.orkisz ), co oznacza (uwaga, wskazówki ogólne ) :

– więcej ryżu niż ziemniaków

-warzywa strączkowe, latem zielona fasolka,

-zioła ( w sałatkach liście mniszka lekarskiego ( do ok.5 dziennie ), młodziutki żywokost (ok.3 i proszę zmrużyć oko na „nowe badania o szkodliwości ziół” ), szałwia (jeden listek dziennie w sezonie, bo nie wiem, jaką szałwię Państwo mają, a jest ich naprawdę sporo i każda ma nieco inny skład ), rozmaryn….zioła to temat osobny, a przy tym należy pamiętać o tych bardziej toksycznych od innych (wszystko jest kwestią dawki), a także o indywidualnej wrażliwości na poszczególne substancje w nich zawarte i ……próbować ostrożnie : )

-b.oszczędnie mleko (kwaśne, z małych gospodarstw, tak samo prod.mleczne)

-oszczędnie soki owocowe

-mało (lub wcale) mięsa, częściej ryby niż mięso (wędzone wnoszą element ciepła)  

-owoce z najbliższego regionu

-surówki w ciepłych porach roku

-mało alkoholu- lepiej czerwone wino niż piwo, a jeżeli piwo, to niepasteryzowane

-nie wspominam o soi i kukurydzy, ponieważ soja dodatkowo jest fatalnie trawiona, a opowieści o jej dobroczynności dla zdrowia Europejek są mocno przesadzone : ), ale głównie dlatego, że w tej chwili dostanie niemodyfikowanej soji i kukurydzy w Polsce graniczy z cudem.

-co z octem jabłkowym, bohaterem odchudzania? Ocet to przyprawa, nie danie główne .Owszem, codzienne stosowanie go przez pewien okres ma nawet w wielu przypadkach znaczenie lecznicze, jednak proszę pamiętać o rozsądnych dawkach i wyznaczeniu sobie granic, po których musi nastąpić od octu odpoczynek .

Jeszcze słówko o profesorze TCM z Universite de Paris, panu Leung Kok Yuen, który w żywieniu proponuje następujące udziały procentowe:

70% zboża

15% gotowane warzywa -tu proszę nie zapominać, że Chińczycy smażą je szybko, w wokach=mała utrata witamin, u nas należy ten procent warzyw przy tradycyjnej kuchni podnieść o 10%

5% surowizny

5% mięso, ryby

5% mleko i mlekopochodne – przy czym pamiętając o zwiększeniu udziału warzyw, zmniejszyć proponuję mięso i mleko .

Tak, pilnując sezonowości i świeżości produktów, z pewnością utrzymamy dobrą wagę i nie stracimy sił ani żywotności, a przecież o to chodzi chyba przede wszystkim?

A na marginesie : gdzie tak naprawdę zaczyna się „grubość” ; ), a gdzie chorobliwa chudość i czy dla każdego  jest to ten sam moment ? : )

—————–

Polecam :Henry Lu ,”Chinese system of food cures „, New York 1986

Prawdziwa żywność :na przykład sok z młodego jęczmienia.

Jedna róża może być mi całym ogrodem, jeden przyjaciel- całym światem . Leo Buscaglia

….a jeden dobry napój – prawdziwym eliksirem życia – chce się dodać po analizie badań dra Yoshikidy Hagiwary, który, poszukując idealnej żywności  przebadał ponad 250 środków spożywyczych zawierających chlorofil i doszedł do wniosku, że najlepszym jest sok z młodego jęczmienia . 

Piszę o tym teraz, ponieważ właśnie w tej chwili dostępne są na polach młodziutkie źbła jęczmienia, o które wystarczy poprosić rolników (nie omieszkając dopytać, czy aby nie były już spryskane chemią ) i zmiksować wyjątkowo odżywczy napój. Oczywiście młody jęczmień znalazł się i w handlu, ale kto ma dostęp do pola pełnego rogów obfitości, jakimi są te wspaniałe „trawki „, proszę nie zwlekać : to kapitalna, sezonowa, odżywcza bomba, wg dra Hagiwary , „być może najbardziej optymalne pożywienie świata” .

Z „najbardziej ” to pewnie bym się trochę powstrzymała, ponieważ wszelkie ekstremizmy nie należą do najzdrowszych : ), ale rzeczywiście jest młody jęczmień żywnością niesamowitą:

-chlorofil ( niezbędny przy wszelkich słabościach organizmu  )-skondensowaną energię Słońca i witalność Ziemi

-dwa razy tyle wapnia, co mleko ( no, mleko wcale nie ma go aż tak wiele w porównaniu z truskawkami czy ananasem, więc nie można się zachłystywać : ),

-mnóstwo vit. B 12 , poza tym vit. C, E, K , F, A , B1 ,B 2

-m.in. selen, miedź, cynk, siarkę  

-5 razy więcej żelaza niż szpinak ( ten ostatni też nie zawiera go aż tyle, ile chcielibyśmy wierzyć oficjalnym źródłom, niestety są one efektem nigdysiejszej „szpinakowej kampanii”, ale i tak jest to wszechstronne i korzystne warzywko )

– ponad 20 enzymów ( ponad 20 znaleziono, ale pewnie ma ich sporo więcej ) , m.in. SOD- dysmutazę ponadtlenkową (superoxid dismutase ), mającą, wedle aktualnych źródeł, pozytywny -bo spowalniający -wpływ na procesy starzenia, a występującą też w chlorelli . SOD jest ważna dla ochrony tkanek, w USA stosuje się ją przeciw tumorom mózgu , a że jej działanie jest doskonałe w związku z cynkiem, w młodym jęczmieniu tworzy świetny koktajl .

-aminokwasy – warto wymienić chociażby lizynę, valinę b.ważną w metabolizmie mięśniowym, leucynę, izoleucynę, fenyloalaninę, metioninę …

-zielony ekstrakt jęczmienny to również łatwo przyswajalne białko oraz

-serotonina i tryptofan -podsumowując – prawdziwe bogactwo .

Czy tych parę informacji wystarczy, aby się zainteresować młodziutkim jęczmieniem ? Aby go nawet sobie, kto ma gdzie – posiać ? Mam nadzieję, że tak, ale żeby nie być jednostronną, pragnę przypomnieć, że sokiem z pokrzywy też gardzić nie należy : ) – byle zbieranej daleko od szosy i stref przemysłowych .

W kwestii ilościowej winnam jeszcze nadmienić, że dobroczynne możliwości młodego jęczmienia, w razie niemożności przyrządzenia soku, można  wykorzystać proszkując (mieląc ) go w stanie suchym lub drobniusieńko siekając.W formie proszkowej można wsuwać : ) po łyżce zielonego ekstraktu rozpuszczonego w szklance letniej wody ( byle nie gorącej ! ) dwa razy dziennie, w formie soku – jednak szklanka dziennie przez miesiąc w zupełności wystarczy dla pobudzenia witalności organizmu .Może nie będzie nadużyciem wspomnienie, że sok z zielonego jęczmienia został w ocenie dra Hagiwary zaliczony w poczet doskonałych środków obrony organizmu przed promieniowaniem radioaktywnym – ja bym raczej powiedziała, że środków wspomagających neutralizację efektów nadmiernej radiacji, ale nie będę się spierać o szczegóły : ) .

Jeżeli ktoś spyta : „Dlaczego pić go nie dłużej niż miesiąc ? ”

Odpowiem :

A przez ile czasu mamy do dyspozycji zielony, młody jęczmień ?

W przypadku pokrzywy czas możliwości jej spożycia jest odpowiednio dłuższy, jednak i tu proszę nie przesadzać : najlepsza jest majowa, wtedy też suszymy na zimę, jednak w mniejszych ilościach i pamiętając o ok. miesięcznych przerwach możemy popijać lub pojadać w sałatkach pokrzywę przez cały sezon , w którym ją widać w postaci zielonej : )

Proszę pamiętać o sezonowości środków spożywczych i jej znaczeniu w naturalnym cyklu naszych organizmów, a wszystko stanie się prostsze .

_____________________________

O młodym jęczmieniu w internecie: santedesfemmes.com, „Le role de l’oestrogenes et…..”

I książki:

Dr M.R. Swope „Green Leaves of Barley”

B. Simonsohn „Gerstengrassaft -Powerdrink und Verjungungselixier”  Windpferd Verlag

Sadzimy. Czy naprawdę wiemy, co ?

Majówki to czas giełd ogrodniczych, wystaw, czyli ożywionego handlu zielenią .

Parę z takich imprez udało się nam odwiedzić i konkluzje, no cóż, nie okazały się najradośniejsze .

Po pierwsze : sprzedawcy często nie mają pojęcia, co sprzedają, kupujący – co chcieliby rzeczywiście w swoim obejściu posiadać . Jak to możliwe ?

Odnośnie sprzedawców : w przypadku handlarzy roślinami zakupionymi od hodowców, jestem w stanie odrobinę zrozumienia wykazać, ale tylko odrobinę, ponieważ roślina to nie chińskie zabawki z naklejonymi informacjami „od lat 5″( co i tak jest zbędne, bo zwykle nie nadają się w ogóle do kontaktu ze skórą ), ale istota żywa, która, aby spełniała swoje funkcje – choćby i estetyczne ( jeżeli traktujemy ją już tylko funkcyjnie, co oczywiście nie jest ładne ), musi trafić w ręce kogoś, kto będzie umiał się z nią obchodzić i komu będzie potrzebna .

Nie zrozumiem na pewno informacji w sposób bezczelny wprowadzających kupującego w błąd, jak np. tabliczka ” garam masala ” na jednej z odmian …cząbru. Kiedy spytałam handlarkę, jak brzmi botaniczna nazwa sprzedawanej rośliny, usłyszałam :” To jest botaniczna .” Poinformowałam panią najdyskretniej, jak umiałam, że roślina o nazwie „garam masala ” nie istnieje i że jest to indyjska przyprawa, mieszanka, a to tutaj to cząber, ale pani tabliczki nie zmieniła .Widocznie miała to w nosie .

Nie zrozumiem też hodowców roślin, którzy uparcie twierdzą, że roślinka x jest mrozoodporną byliną, podczas, gdy absolutnie NIE jest i posadzenie jej w naszym gruncie skończy się przyjemnością trwającą akurat do pierwszego chłodniejszego deszczu .

Nagminne jest wmawianie kupującym właściwości, których roślina nie posiada (np. aromatyzacja alkoholu w przypadku zmutowanej i prawie w ogóle nie pachnącej, za to silnej i trudnej do wyplenienia trawy już pseudożubrówkowej  ) i przemilczanie cech mniej pożądanych, jak błyskawiczne rozrastanie się w ciężkie do opanowania, inwazyjne zarośla, co nie każdemu może się podobać .

Ubawił mnie sprzedawca róż z wystawionymi zdjęciami i napisanym: „czerwona”, „żółta”, „biała” . JAKA BIAŁA ? JAKA CZERWONA ?

Czy to możliwe, że hodując tę wspaniałe kwiaty nie jesteśmy w stanie ustalić ich odmiany, aby móc udzielić kupującemu jak najrzetelniejszych informacji ?

Dlaczego tak wielu sprzedawców doszło do wniosku, że rzetelność nie popłaca ?

Przecież są róże, które specjalnie nie nadają się np. do uprawy w rejonie północnym (nie ma zbyt wielu znawców starych metod, którzy potrafią przechować je w gruncie lub nawet w szklarni ) .Są takie, których cechy  – np. potężne, długie kolce sprawią, że amator je po prostu wyrzuci, kiedy tylko zaprezentują się w całej okazałości .Są takie nie znoszące cienia i takie, które zakwitną pięknie właśnie w cieniu . Czy to się nie liczy ? Czy jest nam aż tak obojętne, co się stanie z rośliną, którą sami wyhodowaliśmy ?

Przepraszam, ale to niesmak. Podejście do swojego towaru jest miarą wiedzy sprzedawcy. A w tym zawarty jest również szacunek do klienta ….lub jego brak .

Z obserwacji relacji klienci : handlowcy wynikało, że pytania dotyczące roślin powodowały u sprzedawców niepotrzebną nerwowość ( nie można być dobrym i nerwowym ogrodnikiem : ) i gubienie się w kłamstwach . Gdyby chociaż traktowali swoją niewiedzę z dystansem ( uczymy się całe życie i i tak nie wiemy wszystkiego ), mieliby pewnie lepszy utarg : ) .

Wyjątki były rzadkie, ale były – to pocieszające : ) .

Przyznaję, że sporą winę za taki stan rzeczy ponoszą klienci .

Dlaczego ? W 99 % kupują tylko wzrokiem, potem wzrokiem i ceną . Interesuje ich najczęściej reprezentacyjność, szybkie owocowanie lub kwitnienie, nie interesuje ich -lub rzadko – pochodzenie rośliny, gleba, gatunek, prawidłowa nazwa. Nic dziwnego , że sprzedawcy mają to gdzieś . Szkoda .

Ale to nie wszystko .Klienci narzekają na ceny, które wcale nie są bardzo wysokie, jeżeli chodzi o ten segment, nieładnie ujmując, towarów i robią to w sposób nieraz przykry :” Pan to se siedzisz i panu rośnie, a chcesz aż 10 : ) złotych za sztukę? „. Taki klient pewnie nigdy nie wyhodował sam drzewka, ale myśli, że wygląda to właśnie tak, jak przedstawił . Klienci chcą, aby rosło i tyle . Przychodzą nieprzygotowani, bo liczą na fachowość sprzedawców, a tu….błąd . Trzeba się było przygotować : ) .

Podsumowanie ? Z ogromną przykrością powiem  : zwycięstwo bylejakości i to w sporej części po obu stronach lady. Czy jest lepiej w szkółkach ogrodniczych ? Odrobinkę, a i to nie w każdej . Rośliny są często zalewane, chorują, zamiast wyleczenia – mają obcinane chore liście tak, że klient nie jest w stanie w pierwszej chwili zorientować się, czy kupuje zdrową. Chyba przeżyliśmy mały szok, bo nigdzie poza Polską nie spotkaliśmy roślin w tak przykrym stanie wystawionych do sprzedaży, ale wciąż bronimy przekonania, że to kraj w niczym nie ustępujący innym, że jak każdy, ma różne strony i to go w niczym nie dyskwalifikuje . Podobno Polacy kochają kwiaty. Na wystawach, w szkółkach, centrach ogrodniczych raczej tego nie zauważyłam. Zauważyłam pośpiech, zysk ponad wszystkim i totalne niedoinformowanie we własnym przecież interesie .

Zaczynamy więc, ze świadomością, że łatwo nie będzie .Zaczynamy z nadzieją, że będziemy mogli jednak poinformować o dobrych szkółkach i dobrych ogrodnikach .

Na wystawach chętnie kupowano drzewka owocowe .Pięknie .Odmiany były wypisane, a jakże ,choć nie zawsze zgodnie z prawdą : ), bo czereśnia „Buttnera ” nie jest tym samym, co  czereśnia „Burłat ” (niezgodność etykietek na drzewkach i tablicy przymocowanej na czereśniach ) .

Inna rzecz, że większości kupujących było to obojętne .

Czy powinno ?

W ofercie były przede wszystkim odmiany nowe, wielokrotnie „ulepszane „, aż do … zniszczenia podstawowych wartości rośliny : jej wytrzymałości, aromatu, smaku . Gdybyśmy pytali o stare, najlepsze z najlepszych odmiany, czy w końcu hodowcy nie byliby skłonni zająć się ich przywracaniem do łask ?

Dlaczego stare odmiany, wspaniałe, w większości całkowicie odporne na mróz, choroby, nie pękające w najcięższe deszcze zostały zastąpione przez „owocowe automaty”, zależne od nawozów, podlewania, okrywania … ?

Przy starych odmianach wystarczył nawóz naturalny, a i to nie trzeba było tego nawożenia pilnować, bo owocowały corocznie i wdzięcznie .Więc wyprodukowano NOWE .Takie, którym koniecznie potrzebne są jeszcze ZAPYLACZE, bo przecież trzeba sprzedać więcej . A nie można mniej, ale dobrze ?

Służymy więc niniejszym przykładami paru starych odmian czereśni, które warto, pod każdym względem warto mieć w swoim sadzie :

-Donissena żółta – małe wymagania glebowe, w Niemczech znana od XIX wieku, sprawdzona i u nas, wybitnie mrozoodporna

– Kanarkowa – urośnie wszędzie

– Różowa wczesna = Annonajska = Marmurkowa, b. wytrzymała na mróz

– Kunzego – b. wytrzymała na mróz

-Kassina wczesna – zanotowana od 1860, w miarę wytrzymała na mróz,

-Wielka Czarna Chrząstkowa, odnotowana w 1540 we Francji, dostępna w szkółkach niemieckich (Grosse Schwarze Knorpelkirsche ) oraz czasami w sadach śląskich czy warmińsko- mazurskich, b.aromatyczna, bez żadnych wymagań co do gleby i klimatu (pewnie poza pustynią : ) ),

– Schneidera późna chrząstkowa, a chrząstkowa oznacza m.in., że poza specyficzną strukturą miąższu owocuje corocznie i obficie – to kilka ze starych odmian doskonale u nas sprawdzonych .

Czy znalazłam na targach chociaż jedną z tu wymienionych ? Nie.

Jeszcze jedną sprawą, o której klienci powinni wiedzieć, są podkładki . Od nich zależy, czy drzewko będzie karłowe ( nie polecam, ale jeśli mamy maleńki ogródek, to cóż, trzeba kupić karłową ), czy będzie rosło silnie i wysoko i, w dużej mierze, czy zacznie chorować, przemarznie, zginie .

Aby nie wdawać się w dyskursy omawiające mnogość podkładek, powiem krótko: kiedyś czereśnie szczepione były głównie na tzw. antypce – Prunus mahaleb, teraz zmieniły się odmiany, często gleba, więc nie jest to już najlepszy pomysł, a i bywa, że w przeciwieństwie do wiśni, czereśnia nie zawsze antypkę „łapie „. Sama wybrałabym czereśnie na Prunus avium, czyli czereśni ptasiej, ponieważ jest to podkładka silnie rosnąca, wytrzymała i najlepiej korelująca z „przyczepioną ” odmianą – ostatecznie to rodzinka : )

Co do łaciny: kiedyś czereśnia po łacinie była Cerasus avium, teraz, wedle najnowszej nomenklatury – Prunus avium . I komu to było potrzebne….? : )

Mam nadzieję , że zbytnio się Państwo na krytykę nie obrazili, ale czasami spojrzenie z boku może zwrócić uwagę na rzeczy, które dotychczas omijaliśmy, a być może niepotrzebnie .Wierzę, że to początek pozytywnego dzielenia się wiedzą w drodze do szerszej świadomości  i że w następnych wpisach będzie już tylko pozytywnie : ).

A w kalendarzu księżycowym: od dzisiaj przez kolejne 4 dni ( do 12.maja włącznie ) jest najlepszy czas do sadzenia drzewek i wszelkich bylin .

___________________________

Czytelnia :

„Pomologia ” Prof . A. Rejman,

– termin „pomologia ” pochodzi z łac. pomum – owoc, ale i Pomony  – rzymskiej bogini sadów i ogrodów   

„Pomologie des praktischen Obstzuchters „, N.Gaucher , 1894

„Obstsorten „, G. Schaal , 1930

Pożywienie: nie jesteśmy koszami na śmieci.

…co nie wszystkim wydaje się oczywiste, niestety.

Patrząc na sklepowe półki migają utrwalacze (nie utrwalą naszego organizmu), wybielacze (nie wybielą honoru producentów), barwniki ( od nich życie nie stanie się kolorowsze), a także cała masa innych składników posiadających właściwie jedno, wspólne zastosowanie: zapchanie żołądka byle czym i rozregulowanie systemu immunologicznego. Czy rzeczywiście musimy to jeść, czy nie możemy się obyć bez pełnego kosza śmieci? Czy „tanie” jedzenie jest naprawdę „tanie”, czy koszty jego spożycia, które ponosi nasze zdrowie i środowisko przekraczają jednak cenę, jaką widzimy na etykietce w markecie?

Weźmy mąkę pszenną: kiedyś pszenica była jednym z pokarmów pełnowartościowych , ale to było dawno. Teraz, zepsuta różnymi odmianami ,zatruta nawozami, w dodatku wciąż ciężkostrawna zalicza się do typowych alergenów, ale wciąż słyszymy „specjalistyczne” : ” Chleb pełnoziarnisty jest najzdrowszy” .JAKI ?

I dlaczego ? Dlaczego ma być zdrowym chleb z ziarna wyrosłego na zatrutej chemią ziemi, ziarna pryskanego od zewnątrz i odżywianego byle czym wewnątrz, często podpleśniałego, wreszcie z ziarna, na które wcale nie jest aż tak tolerancyjnie nastawiony nasz żołądek, bo o wiele lepiej akceptuje inne, np. orkisz czy zwykły jęczmień, z którego chleba nie uświadczysz ,a które to zboże wcale nie jest gorsze i  o wiele lepiej tolerowane przez alergików? Nawet żyto …. Nie, mamy jeść pszenicę  i koniec .Gdybym miała wyrazić opinię, który chleb jest mniej odpowiedni : pszeniczny biały ( z mąki oczyszczonej ) czy pełnoziarnisty ( z grubej ) powiedziałabym : jeden wart drugiego .Substancje pochodzące z pestycydów, a tkwiące obficie w łupinie już sprawiają, że go nie tknę . A w białym…no tam to już nawet nie ma co jeść : ) .Dodatkowo należałoby zapytać : a jakie te chleby ? Bo dzisiaj są z drożdżami (kompletne nieporozumienie, wręcz karygodne ) , spulchniaczami, barwione karmelem itd., co w ogóle nie nadaje się do spożycia .Co gorsza, piecze się też chleby mieszane : pszenno – żytnie :te zboża dawniej nie rosły na polu w mieszance i nie powinny być razem jedzone .To chciwość białego człowieka wyhodowała pszenżyto : twór obcy organizmowi i bardzo ciężko przez niego akceptowalny .

Czy popaść w obłęd i kontrolować każde pieczywo ? Skądże : ), w sklepie się nawet nie da : ). Szansa, że dowiemy się, z czego chleb jest naprawdę , równa się raczej zeru . Możemy zrobić go sami .A jeżeli nie ?

Szukajmy chlebów z JEDNEGO rodzaju zboża, nigdy mieszanych, nigdy „bogatoziarnistych „, ponieważ często wrzuca się tam ziarna importowane z Chin, a obarczone ciekawą przeszłością ; ), w tym soję GMO .

Chcemy ziarenek – jedzmy słonecznik, siemię lniane, ale OSOBNO .Chcemy dobrej mąki : wybierzmy się do młyna, którego gospodarz uprawia zboże, u którego możemy zobaczyć pole i rośliny : nawet, jeżeli jest coś, co nam się nie spodoba, to mamy pewność, że mąka nie przyjechała z drugiego końca świata i nie jest „ulepszana” kredą (niestety, i tak bywa) . Zbyt uciążliwe? Nie jest uciążliwym wyjazd do centrum handlowego, ale wizyta u młynarza – już tak ? W takim wypadku nie zmienimy niczego .

Na jakie mąki na rynku dobrze jest zwrócić uwagę ?

-orkiszową-z tzw.pszenicy (!) orkiszowej, można rzec, „prazboża”, uniwersalnego w swym działaniu i niesamowicie energetycznego (jest mnóstwo literatury na temat orkiszu)

-z ciecierzycy = cieciorki, nadającej się nawet dla osób w podeszłym wieku, delikatnej i wyrazistej

-owsianą- właściwa przy prawidłowym krążeniu,

-gryczaną- usprawnia pracę nerek i przydaje się przy procesie krwiotwórczym ,bezglutenowa,

-orzechową-zależy z jakich orzechów- z arachidowych nie polecam ze względu na przykre praktyki mielenia orzechów uszkodzonych, nie nadających się do „detalu”, bywa, że podpleśniałych .Z włoskich i owszem , ale też dobrze byłoby na wszelki wypadek …powąchać : ), co się opłaca, bo dobra mąka z orzechów włoskich to vit.B i E . Z orzechów pekan też niezła, posiadająca jednakże poważny minus: bardzo droga .

-sojowej nie polecam wcale.Po pierwsze  ze względu na modyfikowanie, po drugie – na jej ciężkostrawność .

-jęczmienną- i tutaj: według makrobiotyki jęczmień jest dobrym odkwaszaczem organizmu i działa kojąco na nerwy, ma też wit. PP . Według medycyny Hildegardy – w ogóle nie nadaje się do spożycia .Przytaczam oba poglądy, ponieważ każdy powinien sam zaobserwować, co jest dla niego odpowiednie. Poza tym nie zawsze, krytykując jęczmień za ciężkość wspomina się o tym, że spożywany po ryżu jest o wiele lżej strawny. Tylko kto miałby ochotę na jęczmień po ryżu ? : )

-żytnią ( gdyby była dla nas za gruba, można przesiać przez drobne sitko )- tylko na chleb, aczkolwiek przy delikatnym, chorym żołądku nie polecam wcale – za ciężka – z czego pewnie uśmiechnęli by się Skandynawowie, ponieważ tam jest zbożem podstawowym, a wpływa m.in. na wytrzymałość mięśni .

-kasztanową ( z kasztanów jadalnych ) – rozgrzewa nerki (przydatna zwłaszcza w zimie ), dobroczynne dla dzieci, ale i starców

– z prosa :wyjątkowo zboża zasadowego, mającego kapitalny wpływ na śledzionę (jednak proso jest korzystniejsze w formie kaszy jaglanej, podobnie, jak ryż w formie całych ziarenek, a nie – mąki ) , sporo vit. B., bezglutenowa

-ryżowa – od biedy może być, sporo skrobi, bezglutenowa, byle nie często

-ziemniaczana, dobrze znana – zagęszczanie nią sosów i zup woła o pomstę do nieba, ponieważ tworzące się w wyniku połączenia np.mięs, warzyw i  mąki ziemniaczanej substancje są dla organizmu porównywalne strawialnością z kamieniem. W krochmalu dobrze jest się wykąpać : ), nawet alergikom, więc miejsce mąki ziemniaczanej ( poza rzadkimi, a niezdrowymi przypadkami dorzucenia jej do ciasta, co też nie jest konieczne ) jest w łazience .

– mąka z amarantusa -dobrze przyswajalne białko sprawia, że polecam ją z czystym sumieniem, dodatkowo spora zawartość m.in.wapnia i magnezu czyni ją jedną z mąk najwartościowszych

-mąki bardziej egzotyczne nie są w mojej opinii najkorzystniejszymi produktami dla systemów trawiennych, ale i całości organizmów tubylczych : ), wobec czego, przynajmniej na razie pozostanę przy skrótowym opisie wyżej wymienionych.

Z każdej z nich da się upiec chleb. Na zakwasie. Poza tym z wielu:placuszki, ciasta, z cieciorkowej nawet niezłe kluseczki przypominające kopytka.

Pszenna ? Weźmy najpopularniejsze odmiany :  tzw. „pszenicę twardą” -durum – i „miękką”. „Twarda” zawiera więcej glutenu . Ogólnie pszenice mają najwięcej glutenu oraz protein wśród zbóż. Pierwotnie stare odmiany pszenicy oddziaływały pozytywnie na wątrobę . Jeżeli chodzi o nowoczesne – po prostu nie odważę się tego powiedzieć .

Szczególnie proszę uważać na stosowanie mąki krupczatki ze względu na potężną ilość śluzu w organizmie po jej spożyciu . Co gorsze, : ), krupczatka nie nadaje się nawet do kąpieli .

Nie polecam też kukurydzianej : w aktualnej sytuacji, kiedy dostanie niemodyfikowanej kukurydzy graniczy z cudem, automatycznie z mojego menu wypada i pochodna mąka.

Wymieniłam mąki, które zaliczam do najlepszych, jednak nie podam nazw firm , ponieważ na polskim rynku dopiero robię rozpoznanie : ), na skutek którego już wiem, że są dostępne, ich jakość jest ogólnie niezła, więc nie ma sensu wyróżniać któregokolwiek z wytwórców  . Przy kupnie mąki proszę zwrócić uwagę na kraj pochodzenia : pozaueropejski (poza ryżową ( Azja) i kasztanową (Francja , Niemcy ) raczej ją dyskwalifikuje ( długa droga oznacza dodatki często nie ujawniane na etykiecie oraz drastyczne ; ) sposoby przechowywania eliminujące składniki odżywcze .

Co „rzuca się w oczy”, to – powtórnie muszę powiedzieć „niestety” – zapatrzenie sporej części polskiego społeczeństwa w produkty zachodnie lub w ogóle zagraniczne przy jednoczesnym lekceważeniu rodzimych . Wielu zauważyło, że czasy , kiedy tzw. Zachód bardzo uważał na niezmienną jakość swych eksportowych towarów po prostu się skończyły, że świat jest podzielony na rynki „lepsze i gorsze”(Polska została dość obcesowo potraktowana jako rynek nawet nie „B” , ale „C” ) i że często produkt polski- szczególnie regionalny- przewyższa jakością pozostałe. To nie żart. Mimo sympatii do wielu ludzi z innych krajów nie możemy zapominać o obiektywizmie : o ile faktem jest wciąż lepszy proszek do prania przywieziony z Niemiec, to proszę przestać się łudzić, że firma z tego samego państwa przyśle nam (lub wyprodukuje na miejscu ) odzież czy żywność takiej samej jakości, jak na rynek własny czy szwajcarski -pomijam, że skandale z żywnością w Niemczech nie należą do rzadkości .  Poprzez zainteresowanie żywnością polską i zwracanie uwagi na konieczność tradycyjnego sposobu jej wytwarzania możemy tylko zyskać .

Wszędzie najlepsza żywność wytwarzana jest głównie na rynki lokalne, nie na eksport.W Polsce ten proces się zaczął i mam nadzieję, że zostanie podtrzymany.

Tyle o mące, wciąż zajmującej podstawowe miejsce w kuchni polskiej, która jest jedną z najlepszych na świecie ( nie tylko moim zdaniem), na początek .

Po pierwsze cierpliwość.

Czy jeszcze pamiętają Państwo, że istnieje taka wartość  ? : )

Biegniemy codziennie . Po pieniądze, przedmioty, po zdrowie – najlepiej wszystko od razu, nie chcąc nawet skojarzyć, że wszystko naraz niekoniecznie musi oznaczać utrzymanie tego w zadowalającym nas okresie, czyli do końca życia : ) .

W biegu pomijamy doświadczenie, a ono uczy, że większość z tego, co nagle, nie jest równoznaczne z ” najlepiej ” . Nie chce nam się zapoznawać z procesami natury, z wiedzą przekazywaną od pokoleń – po co, przecież „i tak umrzemy” . Gdyby w ten sam sposób myśleli przodkowie….

Na szczęście myśleli zupełnie inaczej, stąd sam szacunek do ludzi, którym zawdzięczamy bogactwo informacji, wymaga odpowiedniego podejścia, więc i czasu .

Możemy powierzyć założenie ogrodu typowej firmie, zakreślając zaledwie obszar, życzenia, wymagania . Możliwe, że będziemy zadowoleni . Jak długo – to kompletnie inna sprawa : ) .

Weźmy pod uwagę przeciętną rodzinę, w której przecież żyją niecałkiem przeciętni ludzie: każdy z nich, nawet, gdy statystycznie ( koszmarne ujęcie obrazu społeczeństwa ) odpowiada mu „wszystko”, co ma do zaoferowania „przeciętna ” firma ogrodnicza, w końcu jest innym od kolejnego,

posiada :

    specyficzną konstrukcję zdrowotną

    marzenia

    potrzeby

    poczucie estetyki ….

które nie muszą odpowiadać pozostałym członkom rodziny . Dopasowanie otoczenia tak, aby był ono radością i pożytkiem dla wszystkich mieszkańców jest wyzwaniem i wymaga nie tylko wiedzy i doświadczenia, ale i możliwości współpracy z Ludźmi poszukującymi wskazówek, zrozumienia dla ich idei kształtowania otoczenia na lata, nie na chwilę .

Owszem, komuś może zależeć na kawałku ziemi, na którym corocznie będzie eksperymentował, zmieniając wszystko wedle mody, zapatrywań , etc., ale wtedy nigdy nie stworzy ogrodu, który jest jego autentycznym wyrazem, nie mówiąc o tym, że nie doczeka wspaniałości dojrzałych roślin .

Ogród i tak się zmienia, codziennie, SAM.

Owszem, można błyskawicznie wykreować piękny zakątek sadząc wyrośnięte, obficie poganiane do wzrostu rośliny, którym bez nawozów zajmie parę lat zanim przyzwyczają się do nas …lub nie, ewentualnie radośnie je dokarmiać sypiąc chemię w swoje podwórko, można sadzić modne, zmodyfikowane kreaturki, aby potem zdziwionym stwierdzić, że pszczoły nie chcą na nich siadać, można instalować systemy nawadniania, aby następnie walczyć z ” tymi wstrętnymi ” ślimakami – oczywiście chemią, można też obserwować, jak żółkną nieomal sztuczne iglaki i zastanawiać się, dlaczego, ale można też inaczej .

Można bowiem tak zaplanować i ucieleśnić swoje wyobrażenie miejsca na życie, aby, poza codzienną radością, z roku na rok nie musieć pracować w nim…coraz więcej : ).

Lubimy harówę w zieleni ? Ależ tak . Ale z wiekiem sił nie przybywa, czasu też jakby nie, a porządku dookoła by się chciało….

Od czego zacząć ?

Jeżeli już kawałek ziemi mamy, od rozpoznania jej właściwości, tzn : czy jest kwaśna, czy wapienna itp., czy poziom wód gruntowych zadowalający, czy dużo żył wodnych, ile opadów średnio, czy teren często nawiedzają wichury ….to wszystko naprawdę ma znaczenie, jeżeli nie chcemy sadzić roślin, które  i tak nie będą miały ochoty tam mieszkać .

Nawiasem mówiąc, jakość ziemi można poznać choćby po roślinach, które już tam są – to one powinny być pierwszymi doradcami . Weźmy wrzos : tam, gdzie naturalnie występuje, nie ma co marzyć o znalezieniu wody płyciej niż 2 metry pod ziemią .

Jeżeli dopiero zakup planujemy ….. wszystko, co wyżej wymienione, wciąż aktualne : ) plus więcej : warunki niezadowalające możemy odpuścić i poszukać właściwych .

Co znaczy „właściwych ” ? Z idealnym miejscem na Ziemi jest trochę tak, jak z idealnym …życiem. Prawie każdy wyobraża sobie, że jest, ale kiedyś przychodzi dzień, gdy wiadomo, że …….: )

W poszukiwaniu miejsc właściwych  musimy więc wziąć pod uwagę indywidualność osób, które będą chciały tam osiąść . Dlaczego ?  Dlatego, że np. osoby cierpiące na astmę nigdy nie powinny się osiedlać w pobliżu skupisk silnie uprzemysłowionych, reumatycy i… melancholicy – na bagiennych dolinach ( ale czasem górka niedaleko bagiennej doliny już ma całkiem inne właściwości ) itd.

Na takie przebieranie możemy sobie rzecz jasna pozwolić dysponując odpowiednią ilością środków płatniczych :), a co, jeżeli mamy „akurat na to i na nic innego „? 

Wtedy należy zrobić wszystko, aby miejsce, które nam się trafiło, uczynić najlepszym z możliwych .Jak ? Stosując wiedzę przodków, gdyż nowoczesne technologie raczej nam w tym – w ogromnej większości – nie pomogą . 

To w skrócie, co ustalamy, kiedy chcemy się zabrać za miejsce do życia .

Za dużo filozofii ? No cóż, Państwa decyzja, ale patrząc, ile czasu poświęca się czasem doborowi sukienki lub krawata, trochę mnie dziwi, że dom można nabyć tylko dlatego, że „jest niezła oferta mieszcząca się w posiadanych środkach”.

Kiedy takie ustalenia podjąć ?

To zależy .

Może to zabrzmi śmiesznie i sprawi, że wielu z Państwa zakończy lekturę na tej stronie, ale TO się sprawdza : nie szukajmy miejsca na dom ani domu przy samej pełni Księżyca – wtedy bardzo łatwo o błędne wybory materialne .

Kiedy już znajdziemy coś, co by nam odpowiadało ….Prześpijmy się z tym tematem w dzień, w którym Księżyc znajduje się w znaku Raka, kiedy intuicja wyśrubowana jest do maksimum – oczywiście, jeżeli jej nie zabiliśmy obłędem mierzenia i ważenia najlżejszych jej odruchów ; ) . Przemyślenia w takim czasie ukierunkują instynkt, a ten powie nam, czy miejsce jest dla nas .

Tyle o cierpliwości- jednym z elementów sztuki uważnego podejmowania decyzji .