Category Archives: dom

Pchły: wypędzić pasożyty nie trując pupili.

Sprawa jest poważna, bo one wciąż się drapią : ) . Szczególnie te, które przebywając na większej przestrzeni, mają okazję nie tylko do dowolnego poskubania trawki, ale i do niechcianych kontaktów: psy, koty, chomiki, świnki morskie – wszystkie mogą niechcący zaprosić do naszego domu pchły.

Te ostatnie zapraszają się też same – problem narasta zawsze wiosną i jesienią-stąd wpis zanim niebezpieczeństwo ; ) się wynurzy na dobre, ale kiedy higiena jest zachowana – praktycznie nie mają szans.

Szanse zwiększają się z posiadaniem przede wszystkim pieska. A że człowiek bez psa- jak i bez kota – w ogóle nie wie, że żyje : ), to głupio byłoby, gdyby tylko z powodu pchieł nie wzbogacić swojego świata o świat kociopieski ; ).

Ba- ucząc się, jak możemy pozbyć się pchieł ze względu na ukochanego zwierzaka, zabezpieczamy się na wypadek, gdyby chciały nas odwiedzić bez psa : ) – a niestety, to się zdarza .

Z Siphonaptera – niemałego rzędu najróżniejszych pchieł ( aptera, z gt.bezskrzydłe) chodzi nam głównie o Ctenocephalis canis / felis ( psią, kocią), a także o …ludzką – Pulex irritans. Pomijając inne „szczegóły” ; ), powiem, że podobnie, jak psie/kocie pchły mogą podskoczyć ; )-a skaczą 30- 50 cm ! –  na człowieka, aby nieco urozmaicić swoje menu, tak ludzkie – skorzystać z jadłodajni pieskiej , stąd metody skoncentrowałam na przepędzeniu / totalnej destrukcji (niestety, w tym przypadku nie będę miała litości ) obu gatunków agresorów – pasożytów.

Na rynku istnieje mnóstwo środków chemicznych, jednak skutki ich stosowania pominę lepiej milczeniem – no, może poproszę tylko, aby zastanowić się – jeżeli rzeczywiście kochamy swojego zwierzaka i siebie samego – czy fakt, że drobnym druczkiem na opakowaniu napisano „nie stosować u ludzi „, „trujące dla ludzi”, etc. naprawdę nie zmusza do myślenia. Biorąc też pod uwagę, iż ich działanie oparte jest głównie na paraliżu systemu nerwowego, powodowaniu konwulsji u pchieł i insektów -czy może nie mieć to żadnego wpływu na inne żywe zwierzę ?

Substancją aktywną w takich środkach są m.in.syntetyki: resmetryna, metopren – eufemistycznie określony „regulatorem wzrostu”, a mówiąc bezpośrednio – hamujące rozwój żywych istot (przy stosowaniu preparatów z metoprenem proszę szczególnie uważać na koty ).
Czy musimy stosować syntetyk, jeżeli istnieją środki naturalne ? A co do sprzedawanych jako „tzw.organiczne”, czyli sądzimy, że „naturalne” – zawierają również naturalną pyretrynę, limoneny, skamieniałe algi, ale poza nimi czesto cały alfabet niekoniecznie pozytywnych rzeczy .

Najpierw więc dokładnie przeczytajmy ulotki, skład, zasięgnijmy informacji ( a nie brakuje ich w necie ), czym są te „cudeńka” : ( , a potem spójrzmy psiakowi w oczy .

Parukrotne  pryskania, kąpiele w szamponach – raczej nie pomogą – kto zna cykl rozwojowy pchieł, wie o tym już dawno : ) – to droga przez mękę, a chemia absorbuje się przez skórę do krwi.
Przy regularnym częstowaniu skóry zwierząt chemią  proszę się nie dziwić późniejszym zaburzeniom pracy ich nerek oraz ewentualnym nowotworom .

Co pomoże na pchły ?

Akcja przeprowadzona na wszystkich frontach oraz konsekwencja .

Najpierw legowisko zwierzaka: starego pozbywamy się, nowe przesypujemy pudrem z pyretryną ( jest ich na rynku kilka ) lub/i  pod matę kładziemy mieszankę ziół:

-lawendę

-miętę polej ( proszę w żadnym wypadku nie pić mięty polej, w przeciwieństwie do innych mięt )

-rutę

-olejek eukaliptusowy – zioła można umieścić w woreczku płóciennym nasączonym tym właśnie olejkiem. Pachnie b.przyjemnie i ma pozytywny wpływ również na nas : ).

Zwierzę kąpiemy w płukance cytrynowej: jedną cytrynę wrzucamy do wrzątku i zostawiamy na całą noc. Na drugi dzień nadaje się do użycia – ilość cytryn zależnie od wzrostu psa – 1 cytryna starcza na płukankę dla 1. bullteriera ; ). 

Jeżeli nam się uda, przemycamy do karmy psiej ( kot się nie da podejść : )) czosnek- po spożyciu czosnku zwierzę staje się nieatrakcyjne dla pchieł.

Suche zwierzę pudrujemy oszczędnie ziemią okrzemkową – ten odciąga wilgoć z pchieł, czyli …padają martwe.

Jeżeli pasożytów jest sporo i widzimy je (brr…..) w domu, postawmy w misce z mydlaną wodą zapaloną świecę -pchły ciągną do światła – potopią się : ).

Przytomny Czytelnik zapyta: dobrze, ale to dorosłe osobniki, a co z larwami, jajami ?

No właśnie. Cykl rozwojowy pchły może potrwać jakieś 2 lata , w zależności od warunków -jajo (2-4 tygodnie), następnie larwa -3 stadia,  w ostatnim  
tka kokon i przebywa w nim od 7 dni do roku. Ich siedziby mogą się mieścić np.w domu pod schodami, tam, gdzie wilgoć, ciepło …brud. Potrzeba sprzątania oczywista : )

Co jeszcze ?

Zwierzaki smarujemy olejkami:

a) psy olejkami z : eukaliptusa, lawendy, cedru, cytryny -zmieszane 1:10 z olejem winogronowym np., jedna część olejku eterycznego naturalnego !, 10- oleju bazowego .Smarujemy koniec ogona : ), pachy, wew.część ud, brzuch

b)koty – z rumianku, nagietka, lawendy, odrobiny cedru –  proporcje j.w. , smarujemy tylko pod pachami . Koty tolerują też dobrze cytrynową płukankę.

Poza tym w pobliżu prawdopodobnych pchlich siedzib umieszczamy zioła :

rzepik, krwawnik , hyzop  – wszystko w woreczkach, zawieszamy je, wymieniamy raz na pół roku i spokojnie czekamy, aż pchły się wyprowadzą (a zwiewają szybko ).

Niecierpliwi mogą sięgnąć po nasiona miodli indyjskiej – drzewa Neem -też do położenia w legowisku – również swoim : ), podobnie, jak pozostałe wymienione zioła .

Naturalne środki mają tę zaletę, że pchły się na nie nie uodparniają – w przeciwieństwie do środków chemicznych – dziwne, ale prawdziwe . Z tymi uodpornionymi na chemię może być potrzebna dłuższa akcja, bo robią się szczególnie agresywne i żarłoczne, ale zioła dają radę, bo zioła- to prawdziwy cud.

————————–

Bibliografia uzupełniająca:

S.von Keler „Entomologisches Worterbuch”, Berlin 1963

www . edis.ifas.ufl.edu -” Fleas:what they are, what to do”, Richman & Koehler , University of Florida , 10.December 2010

Woda, słońce …żniwa .Kiedy zbierać, żeby mieć pożytek.

Lato do tej pory nas nie rozpieszczało . Parę dni wrzątku, potem znów ulewy- wszyscy wiedzą , jak było .Lamenty ogrodowiczów, że „za dużo wody” przyjmuję jednak z pewną wątpliwością .Nie mówię tu rzecz jasna o Powodzianach, gdyż na ich terenach faktycznie było ZA dużo. Mówię o tych, którzy normalnie podlewają, a teraz nie musieli ….ale przeważnie podlewali przed ulewami, „bo lato, bo nie spodziewali się, że „będzie lało”. Nie odczekali, czy będzie naprawdę sucho, o nie, lali.A później, że „plaga ślimaków”, że zgnilizna . Slimaki zawsze rozmnażają się wyjątkowo dobrze tam, gdzie człowiek podlewa bez opamiętania .Dla wielu będzie to co najmniej dziwnym, że trzeba zdać się na naturalną wilgoć ( chyba , że prawdziwa susza i istnieje niebezpieczeństwo utraty zbiorów ) , bo „zawsze podlewali” .

No i źle: rozleniwili rośliny, glebę , zaprosili ślimaki .Człowiek ma to do siebie, że kombinuje ; ), aby mu było lepiej, tyle , że najczęściej przekombinowuje .

Tego roku więc i ślimaki i zgnilizna i pleśń….

Dopilnujmy więc chociaż dobrego zbioru (jeżeli coś zostało), a jeżeli kupujemy warzywa i owoce na rynku – pytajmy, kiedy zostały zebrane – sprzedawcy przeważnie nie będą wiedzieli, jaki był znak (nie wymagajmy zbyt wiele : ), nam wystarczy dzień kalendarzowy, pozycję Księżyca znajdziemy przecież wszędzie )to bardzo ważne, jeżeli chcemy coś przetworzyć lub przechować.

Kalendarz księżycowy jest niezbędny do dalszego, korzystnego postępowania ze zbiorami.

Do bezpośredniej i szybkiej konsumpcji możemy kupować to, co zostało zebrane w każdym praktycznie dniu (bo już nie będę męczyć, że to z samego nowiu jakieś takie mało wartościowe 🙂 będzie ).Inaczej ma się rzecz z przetworami.

Oszczędźmy sobie roślin zebranych w dniu Panny , w te dni powstrzymajmy się też od przetwarzania: to świetne dni na prace w ogrodzie, ale nie na zbieranie -wyjątkiem jest zbiór pokrzywy do bezp.picia, sałatek , zup – ani przetwarzanie -produkty będą trzymały się słabo, mogą pleśnieć,
konsystencja też nie zadowoli- mówię o np. konfiturach przyrządzanych bez sztucznych dodatków, „żel-fixów” etc. Jeżeli chcemy „na gęsto”, to przyrządźmy owoce w głębokiej, może być miedziana, byle wtedy nie owoce kwaśne – patelni .Kwaśne – w ceramicznej .Wymaga mieszania, zachodu, ale warto .Kiedy? Księżyc w znakach Ognia /Baran, Lew, Strzelec (najlepsze) /- tak przed pełnią, jak i po pełni.Prawie równie dobre będą znaki Powietrza: Bliźniak, Wodnik, Waga .Niektórzy mówią, że „tylko po pełni”, ale doświadczenie pokazało mi, że słoje robione przed pełnią zamykają się też nieźle, a smakowo zawartość jest „pełniejsza”, aromatyczniejsza .

Niektórzy radzą też poczekać z pewnymi owocami do przymrozków, ale po pierwsze nie czekają ptaki : ) , którym i tak wypadałoby co nieco zostawić : ), po drugie – nie przedkładam smaku /bo po mrozie owoc jest „kruchszy, delikatniejszy, pozbawiony w sporym stopniu goryczki/ nad wartością – owoce jarzębiny mają po mrozie mniej wit.C . Czy więc warto czekać „na smak”?

Jarzębina robiona z miodem i tak jest świetna – bez względu na zbiór w ciepłe dni. Dla mnie ważne jest też, aby zbierać w dni słoneczne, aby zatrzymać najwięcej energii słońca – tego potrzebujemy przecież w ciemne, chłodne wieczory .

Nie zapominajmy o własnych mrożonkach – do nich zbieramy owoce/warzywa też w dni jasne, suche i w te same zamrażamy – jeżeli zrobimy to w dni , kiedy Księżyc „stoi” w znaku Wody (Ryby, Skorpion, Rak) , po rozmrożeniu będą ciapowate : ), wodniste, niewiele da się z nich przygotować .

Warzywa korzenne można pakować do słoi w dnie korzenia, czyli Koziorożca, Byka (Panna odpada) ,ale nie mniej dobrze konserwują się w dni Lwa, zresztą do słoja z np.marchewką i tak dodajemy liście chrzanu, laurowe – zależnie do smaku, więc chodzi o całość : ).

Przetwory pakujemy do piwnicy/spiżarni/na regały kuchni w te same dni, w które robiliśmy, czyli byle nie w dni Ziemi (Panna, Byk, Koziorożec) -tak potraktowane nie będą pleśnieć, psuć się – warto .

Z bogactwa propozycji letnich skarbów chciałoby się wymienić wszystkie, by każdy w zimie mógł zaczerpnąć słońca : ), ale być może wtedy umknęłyby najważniejsze, więc po kolei będę polecać to co uważam na najwartościowsze .Niedługo się skończą morele .Proszę robić nie tylko konfitury, ale i -chociaż nie pochwalam alkoholu pitego codziennie i/czy w nadmiarze -nalewkę, bo od lat stosowana jest w leczeniu anemii, wspomagania serca i ogólnie systemu krążenia, od lat wnosi do domu zimą lato -nienachalnie : ), bo przetrawione .

Na 100 dojrzałych, pachnących moreli z 90 wyjąć pestki ( o umyciu chyba wiadomo, że myjemy: ) : )), wszystkie (i te 10 z pestkami) włożyć do odpowiednio dużego słoja, zalać spirytusem pokrywając owoce, zamknąć solidnie i odstawić w ciemni na 3 miesiące .Następnie zlać, dodać po 1/3 szklanki cukru brązowego lub miodu na litr wlanego spirytusu ,spokojnie odczekać ,aż płyn przejmie cukier, przefiltrować przez płótno do butelek , zamknąć i pozwolić jej dojrzeć przynajmniej pół roku. Moreli nie musimy wzbogacać innymi składnikami: klasyczna, czysta jest doskonała sama w sobie .Jeżeli chcemy eksperymentować, można dodać 2 liście mięty czy pobawić się z łączeniem z np.melisą czy różą, ale moim zdaniem to „przedobrzenie”, które jednak nie wychodzi na dobre ani w smaku ani we właściwościach, ale de gustibus …; )

Sadzimy. Czy naprawdę wiemy, co ?

Majówki to czas giełd ogrodniczych, wystaw, czyli ożywionego handlu zielenią .

Parę z takich imprez udało się nam odwiedzić i konkluzje, no cóż, nie okazały się najradośniejsze .

Po pierwsze : sprzedawcy często nie mają pojęcia, co sprzedają, kupujący – co chcieliby rzeczywiście w swoim obejściu posiadać . Jak to możliwe ?

Odnośnie sprzedawców : w przypadku handlarzy roślinami zakupionymi od hodowców, jestem w stanie odrobinę zrozumienia wykazać, ale tylko odrobinę, ponieważ roślina to nie chińskie zabawki z naklejonymi informacjami „od lat 5″( co i tak jest zbędne, bo zwykle nie nadają się w ogóle do kontaktu ze skórą ), ale istota żywa, która, aby spełniała swoje funkcje – choćby i estetyczne ( jeżeli traktujemy ją już tylko funkcyjnie, co oczywiście nie jest ładne ), musi trafić w ręce kogoś, kto będzie umiał się z nią obchodzić i komu będzie potrzebna .

Nie zrozumiem na pewno informacji w sposób bezczelny wprowadzających kupującego w błąd, jak np. tabliczka ” garam masala ” na jednej z odmian …cząbru. Kiedy spytałam handlarkę, jak brzmi botaniczna nazwa sprzedawanej rośliny, usłyszałam :” To jest botaniczna .” Poinformowałam panią najdyskretniej, jak umiałam, że roślina o nazwie „garam masala ” nie istnieje i że jest to indyjska przyprawa, mieszanka, a to tutaj to cząber, ale pani tabliczki nie zmieniła .Widocznie miała to w nosie .

Nie zrozumiem też hodowców roślin, którzy uparcie twierdzą, że roślinka x jest mrozoodporną byliną, podczas, gdy absolutnie NIE jest i posadzenie jej w naszym gruncie skończy się przyjemnością trwającą akurat do pierwszego chłodniejszego deszczu .

Nagminne jest wmawianie kupującym właściwości, których roślina nie posiada (np. aromatyzacja alkoholu w przypadku zmutowanej i prawie w ogóle nie pachnącej, za to silnej i trudnej do wyplenienia trawy już pseudożubrówkowej  ) i przemilczanie cech mniej pożądanych, jak błyskawiczne rozrastanie się w ciężkie do opanowania, inwazyjne zarośla, co nie każdemu może się podobać .

Ubawił mnie sprzedawca róż z wystawionymi zdjęciami i napisanym: „czerwona”, „żółta”, „biała” . JAKA BIAŁA ? JAKA CZERWONA ?

Czy to możliwe, że hodując tę wspaniałe kwiaty nie jesteśmy w stanie ustalić ich odmiany, aby móc udzielić kupującemu jak najrzetelniejszych informacji ?

Dlaczego tak wielu sprzedawców doszło do wniosku, że rzetelność nie popłaca ?

Przecież są róże, które specjalnie nie nadają się np. do uprawy w rejonie północnym (nie ma zbyt wielu znawców starych metod, którzy potrafią przechować je w gruncie lub nawet w szklarni ) .Są takie, których cechy  – np. potężne, długie kolce sprawią, że amator je po prostu wyrzuci, kiedy tylko zaprezentują się w całej okazałości .Są takie nie znoszące cienia i takie, które zakwitną pięknie właśnie w cieniu . Czy to się nie liczy ? Czy jest nam aż tak obojętne, co się stanie z rośliną, którą sami wyhodowaliśmy ?

Przepraszam, ale to niesmak. Podejście do swojego towaru jest miarą wiedzy sprzedawcy. A w tym zawarty jest również szacunek do klienta ….lub jego brak .

Z obserwacji relacji klienci : handlowcy wynikało, że pytania dotyczące roślin powodowały u sprzedawców niepotrzebną nerwowość ( nie można być dobrym i nerwowym ogrodnikiem : ) i gubienie się w kłamstwach . Gdyby chociaż traktowali swoją niewiedzę z dystansem ( uczymy się całe życie i i tak nie wiemy wszystkiego ), mieliby pewnie lepszy utarg : ) .

Wyjątki były rzadkie, ale były – to pocieszające : ) .

Przyznaję, że sporą winę za taki stan rzeczy ponoszą klienci .

Dlaczego ? W 99 % kupują tylko wzrokiem, potem wzrokiem i ceną . Interesuje ich najczęściej reprezentacyjność, szybkie owocowanie lub kwitnienie, nie interesuje ich -lub rzadko – pochodzenie rośliny, gleba, gatunek, prawidłowa nazwa. Nic dziwnego , że sprzedawcy mają to gdzieś . Szkoda .

Ale to nie wszystko .Klienci narzekają na ceny, które wcale nie są bardzo wysokie, jeżeli chodzi o ten segment, nieładnie ujmując, towarów i robią to w sposób nieraz przykry :” Pan to se siedzisz i panu rośnie, a chcesz aż 10 : ) złotych za sztukę? „. Taki klient pewnie nigdy nie wyhodował sam drzewka, ale myśli, że wygląda to właśnie tak, jak przedstawił . Klienci chcą, aby rosło i tyle . Przychodzą nieprzygotowani, bo liczą na fachowość sprzedawców, a tu….błąd . Trzeba się było przygotować : ) .

Podsumowanie ? Z ogromną przykrością powiem  : zwycięstwo bylejakości i to w sporej części po obu stronach lady. Czy jest lepiej w szkółkach ogrodniczych ? Odrobinkę, a i to nie w każdej . Rośliny są często zalewane, chorują, zamiast wyleczenia – mają obcinane chore liście tak, że klient nie jest w stanie w pierwszej chwili zorientować się, czy kupuje zdrową. Chyba przeżyliśmy mały szok, bo nigdzie poza Polską nie spotkaliśmy roślin w tak przykrym stanie wystawionych do sprzedaży, ale wciąż bronimy przekonania, że to kraj w niczym nie ustępujący innym, że jak każdy, ma różne strony i to go w niczym nie dyskwalifikuje . Podobno Polacy kochają kwiaty. Na wystawach, w szkółkach, centrach ogrodniczych raczej tego nie zauważyłam. Zauważyłam pośpiech, zysk ponad wszystkim i totalne niedoinformowanie we własnym przecież interesie .

Zaczynamy więc, ze świadomością, że łatwo nie będzie .Zaczynamy z nadzieją, że będziemy mogli jednak poinformować o dobrych szkółkach i dobrych ogrodnikach .

Na wystawach chętnie kupowano drzewka owocowe .Pięknie .Odmiany były wypisane, a jakże ,choć nie zawsze zgodnie z prawdą : ), bo czereśnia „Buttnera ” nie jest tym samym, co  czereśnia „Burłat ” (niezgodność etykietek na drzewkach i tablicy przymocowanej na czereśniach ) .

Inna rzecz, że większości kupujących było to obojętne .

Czy powinno ?

W ofercie były przede wszystkim odmiany nowe, wielokrotnie „ulepszane „, aż do … zniszczenia podstawowych wartości rośliny : jej wytrzymałości, aromatu, smaku . Gdybyśmy pytali o stare, najlepsze z najlepszych odmiany, czy w końcu hodowcy nie byliby skłonni zająć się ich przywracaniem do łask ?

Dlaczego stare odmiany, wspaniałe, w większości całkowicie odporne na mróz, choroby, nie pękające w najcięższe deszcze zostały zastąpione przez „owocowe automaty”, zależne od nawozów, podlewania, okrywania … ?

Przy starych odmianach wystarczył nawóz naturalny, a i to nie trzeba było tego nawożenia pilnować, bo owocowały corocznie i wdzięcznie .Więc wyprodukowano NOWE .Takie, którym koniecznie potrzebne są jeszcze ZAPYLACZE, bo przecież trzeba sprzedać więcej . A nie można mniej, ale dobrze ?

Służymy więc niniejszym przykładami paru starych odmian czereśni, które warto, pod każdym względem warto mieć w swoim sadzie :

-Donissena żółta – małe wymagania glebowe, w Niemczech znana od XIX wieku, sprawdzona i u nas, wybitnie mrozoodporna

– Kanarkowa – urośnie wszędzie

– Różowa wczesna = Annonajska = Marmurkowa, b. wytrzymała na mróz

– Kunzego – b. wytrzymała na mróz

-Kassina wczesna – zanotowana od 1860, w miarę wytrzymała na mróz,

-Wielka Czarna Chrząstkowa, odnotowana w 1540 we Francji, dostępna w szkółkach niemieckich (Grosse Schwarze Knorpelkirsche ) oraz czasami w sadach śląskich czy warmińsko- mazurskich, b.aromatyczna, bez żadnych wymagań co do gleby i klimatu (pewnie poza pustynią : ) ),

– Schneidera późna chrząstkowa, a chrząstkowa oznacza m.in., że poza specyficzną strukturą miąższu owocuje corocznie i obficie – to kilka ze starych odmian doskonale u nas sprawdzonych .

Czy znalazłam na targach chociaż jedną z tu wymienionych ? Nie.

Jeszcze jedną sprawą, o której klienci powinni wiedzieć, są podkładki . Od nich zależy, czy drzewko będzie karłowe ( nie polecam, ale jeśli mamy maleńki ogródek, to cóż, trzeba kupić karłową ), czy będzie rosło silnie i wysoko i, w dużej mierze, czy zacznie chorować, przemarznie, zginie .

Aby nie wdawać się w dyskursy omawiające mnogość podkładek, powiem krótko: kiedyś czereśnie szczepione były głównie na tzw. antypce – Prunus mahaleb, teraz zmieniły się odmiany, często gleba, więc nie jest to już najlepszy pomysł, a i bywa, że w przeciwieństwie do wiśni, czereśnia nie zawsze antypkę „łapie „. Sama wybrałabym czereśnie na Prunus avium, czyli czereśni ptasiej, ponieważ jest to podkładka silnie rosnąca, wytrzymała i najlepiej korelująca z „przyczepioną ” odmianą – ostatecznie to rodzinka : )

Co do łaciny: kiedyś czereśnia po łacinie była Cerasus avium, teraz, wedle najnowszej nomenklatury – Prunus avium . I komu to było potrzebne….? : )

Mam nadzieję , że zbytnio się Państwo na krytykę nie obrazili, ale czasami spojrzenie z boku może zwrócić uwagę na rzeczy, które dotychczas omijaliśmy, a być może niepotrzebnie .Wierzę, że to początek pozytywnego dzielenia się wiedzą w drodze do szerszej świadomości  i że w następnych wpisach będzie już tylko pozytywnie : ).

A w kalendarzu księżycowym: od dzisiaj przez kolejne 4 dni ( do 12.maja włącznie ) jest najlepszy czas do sadzenia drzewek i wszelkich bylin .

___________________________

Czytelnia :

„Pomologia ” Prof . A. Rejman,

– termin „pomologia ” pochodzi z łac. pomum – owoc, ale i Pomony  – rzymskiej bogini sadów i ogrodów   

„Pomologie des praktischen Obstzuchters „, N.Gaucher , 1894

„Obstsorten „, G. Schaal , 1930

Pożywienie: nie jesteśmy koszami na śmieci.

…co nie wszystkim wydaje się oczywiste, niestety.

Patrząc na sklepowe półki migają utrwalacze (nie utrwalą naszego organizmu), wybielacze (nie wybielą honoru producentów), barwniki ( od nich życie nie stanie się kolorowsze), a także cała masa innych składników posiadających właściwie jedno, wspólne zastosowanie: zapchanie żołądka byle czym i rozregulowanie systemu immunologicznego. Czy rzeczywiście musimy to jeść, czy nie możemy się obyć bez pełnego kosza śmieci? Czy „tanie” jedzenie jest naprawdę „tanie”, czy koszty jego spożycia, które ponosi nasze zdrowie i środowisko przekraczają jednak cenę, jaką widzimy na etykietce w markecie?

Weźmy mąkę pszenną: kiedyś pszenica była jednym z pokarmów pełnowartościowych , ale to było dawno. Teraz, zepsuta różnymi odmianami ,zatruta nawozami, w dodatku wciąż ciężkostrawna zalicza się do typowych alergenów, ale wciąż słyszymy „specjalistyczne” : ” Chleb pełnoziarnisty jest najzdrowszy” .JAKI ?

I dlaczego ? Dlaczego ma być zdrowym chleb z ziarna wyrosłego na zatrutej chemią ziemi, ziarna pryskanego od zewnątrz i odżywianego byle czym wewnątrz, często podpleśniałego, wreszcie z ziarna, na które wcale nie jest aż tak tolerancyjnie nastawiony nasz żołądek, bo o wiele lepiej akceptuje inne, np. orkisz czy zwykły jęczmień, z którego chleba nie uświadczysz ,a które to zboże wcale nie jest gorsze i  o wiele lepiej tolerowane przez alergików? Nawet żyto …. Nie, mamy jeść pszenicę  i koniec .Gdybym miała wyrazić opinię, który chleb jest mniej odpowiedni : pszeniczny biały ( z mąki oczyszczonej ) czy pełnoziarnisty ( z grubej ) powiedziałabym : jeden wart drugiego .Substancje pochodzące z pestycydów, a tkwiące obficie w łupinie już sprawiają, że go nie tknę . A w białym…no tam to już nawet nie ma co jeść : ) .Dodatkowo należałoby zapytać : a jakie te chleby ? Bo dzisiaj są z drożdżami (kompletne nieporozumienie, wręcz karygodne ) , spulchniaczami, barwione karmelem itd., co w ogóle nie nadaje się do spożycia .Co gorsza, piecze się też chleby mieszane : pszenno – żytnie :te zboża dawniej nie rosły na polu w mieszance i nie powinny być razem jedzone .To chciwość białego człowieka wyhodowała pszenżyto : twór obcy organizmowi i bardzo ciężko przez niego akceptowalny .

Czy popaść w obłęd i kontrolować każde pieczywo ? Skądże : ), w sklepie się nawet nie da : ). Szansa, że dowiemy się, z czego chleb jest naprawdę , równa się raczej zeru . Możemy zrobić go sami .A jeżeli nie ?

Szukajmy chlebów z JEDNEGO rodzaju zboża, nigdy mieszanych, nigdy „bogatoziarnistych „, ponieważ często wrzuca się tam ziarna importowane z Chin, a obarczone ciekawą przeszłością ; ), w tym soję GMO .

Chcemy ziarenek – jedzmy słonecznik, siemię lniane, ale OSOBNO .Chcemy dobrej mąki : wybierzmy się do młyna, którego gospodarz uprawia zboże, u którego możemy zobaczyć pole i rośliny : nawet, jeżeli jest coś, co nam się nie spodoba, to mamy pewność, że mąka nie przyjechała z drugiego końca świata i nie jest „ulepszana” kredą (niestety, i tak bywa) . Zbyt uciążliwe? Nie jest uciążliwym wyjazd do centrum handlowego, ale wizyta u młynarza – już tak ? W takim wypadku nie zmienimy niczego .

Na jakie mąki na rynku dobrze jest zwrócić uwagę ?

-orkiszową-z tzw.pszenicy (!) orkiszowej, można rzec, „prazboża”, uniwersalnego w swym działaniu i niesamowicie energetycznego (jest mnóstwo literatury na temat orkiszu)

-z ciecierzycy = cieciorki, nadającej się nawet dla osób w podeszłym wieku, delikatnej i wyrazistej

-owsianą- właściwa przy prawidłowym krążeniu,

-gryczaną- usprawnia pracę nerek i przydaje się przy procesie krwiotwórczym ,bezglutenowa,

-orzechową-zależy z jakich orzechów- z arachidowych nie polecam ze względu na przykre praktyki mielenia orzechów uszkodzonych, nie nadających się do „detalu”, bywa, że podpleśniałych .Z włoskich i owszem , ale też dobrze byłoby na wszelki wypadek …powąchać : ), co się opłaca, bo dobra mąka z orzechów włoskich to vit.B i E . Z orzechów pekan też niezła, posiadająca jednakże poważny minus: bardzo droga .

-sojowej nie polecam wcale.Po pierwsze  ze względu na modyfikowanie, po drugie – na jej ciężkostrawność .

-jęczmienną- i tutaj: według makrobiotyki jęczmień jest dobrym odkwaszaczem organizmu i działa kojąco na nerwy, ma też wit. PP . Według medycyny Hildegardy – w ogóle nie nadaje się do spożycia .Przytaczam oba poglądy, ponieważ każdy powinien sam zaobserwować, co jest dla niego odpowiednie. Poza tym nie zawsze, krytykując jęczmień za ciężkość wspomina się o tym, że spożywany po ryżu jest o wiele lżej strawny. Tylko kto miałby ochotę na jęczmień po ryżu ? : )

-żytnią ( gdyby była dla nas za gruba, można przesiać przez drobne sitko )- tylko na chleb, aczkolwiek przy delikatnym, chorym żołądku nie polecam wcale – za ciężka – z czego pewnie uśmiechnęli by się Skandynawowie, ponieważ tam jest zbożem podstawowym, a wpływa m.in. na wytrzymałość mięśni .

-kasztanową ( z kasztanów jadalnych ) – rozgrzewa nerki (przydatna zwłaszcza w zimie ), dobroczynne dla dzieci, ale i starców

– z prosa :wyjątkowo zboża zasadowego, mającego kapitalny wpływ na śledzionę (jednak proso jest korzystniejsze w formie kaszy jaglanej, podobnie, jak ryż w formie całych ziarenek, a nie – mąki ) , sporo vit. B., bezglutenowa

-ryżowa – od biedy może być, sporo skrobi, bezglutenowa, byle nie często

-ziemniaczana, dobrze znana – zagęszczanie nią sosów i zup woła o pomstę do nieba, ponieważ tworzące się w wyniku połączenia np.mięs, warzyw i  mąki ziemniaczanej substancje są dla organizmu porównywalne strawialnością z kamieniem. W krochmalu dobrze jest się wykąpać : ), nawet alergikom, więc miejsce mąki ziemniaczanej ( poza rzadkimi, a niezdrowymi przypadkami dorzucenia jej do ciasta, co też nie jest konieczne ) jest w łazience .

– mąka z amarantusa -dobrze przyswajalne białko sprawia, że polecam ją z czystym sumieniem, dodatkowo spora zawartość m.in.wapnia i magnezu czyni ją jedną z mąk najwartościowszych

-mąki bardziej egzotyczne nie są w mojej opinii najkorzystniejszymi produktami dla systemów trawiennych, ale i całości organizmów tubylczych : ), wobec czego, przynajmniej na razie pozostanę przy skrótowym opisie wyżej wymienionych.

Z każdej z nich da się upiec chleb. Na zakwasie. Poza tym z wielu:placuszki, ciasta, z cieciorkowej nawet niezłe kluseczki przypominające kopytka.

Pszenna ? Weźmy najpopularniejsze odmiany :  tzw. „pszenicę twardą” -durum – i „miękką”. „Twarda” zawiera więcej glutenu . Ogólnie pszenice mają najwięcej glutenu oraz protein wśród zbóż. Pierwotnie stare odmiany pszenicy oddziaływały pozytywnie na wątrobę . Jeżeli chodzi o nowoczesne – po prostu nie odważę się tego powiedzieć .

Szczególnie proszę uważać na stosowanie mąki krupczatki ze względu na potężną ilość śluzu w organizmie po jej spożyciu . Co gorsze, : ), krupczatka nie nadaje się nawet do kąpieli .

Nie polecam też kukurydzianej : w aktualnej sytuacji, kiedy dostanie niemodyfikowanej kukurydzy graniczy z cudem, automatycznie z mojego menu wypada i pochodna mąka.

Wymieniłam mąki, które zaliczam do najlepszych, jednak nie podam nazw firm , ponieważ na polskim rynku dopiero robię rozpoznanie : ), na skutek którego już wiem, że są dostępne, ich jakość jest ogólnie niezła, więc nie ma sensu wyróżniać któregokolwiek z wytwórców  . Przy kupnie mąki proszę zwrócić uwagę na kraj pochodzenia : pozaueropejski (poza ryżową ( Azja) i kasztanową (Francja , Niemcy ) raczej ją dyskwalifikuje ( długa droga oznacza dodatki często nie ujawniane na etykiecie oraz drastyczne ; ) sposoby przechowywania eliminujące składniki odżywcze .

Co „rzuca się w oczy”, to – powtórnie muszę powiedzieć „niestety” – zapatrzenie sporej części polskiego społeczeństwa w produkty zachodnie lub w ogóle zagraniczne przy jednoczesnym lekceważeniu rodzimych . Wielu zauważyło, że czasy , kiedy tzw. Zachód bardzo uważał na niezmienną jakość swych eksportowych towarów po prostu się skończyły, że świat jest podzielony na rynki „lepsze i gorsze”(Polska została dość obcesowo potraktowana jako rynek nawet nie „B” , ale „C” ) i że często produkt polski- szczególnie regionalny- przewyższa jakością pozostałe. To nie żart. Mimo sympatii do wielu ludzi z innych krajów nie możemy zapominać o obiektywizmie : o ile faktem jest wciąż lepszy proszek do prania przywieziony z Niemiec, to proszę przestać się łudzić, że firma z tego samego państwa przyśle nam (lub wyprodukuje na miejscu ) odzież czy żywność takiej samej jakości, jak na rynek własny czy szwajcarski -pomijam, że skandale z żywnością w Niemczech nie należą do rzadkości .  Poprzez zainteresowanie żywnością polską i zwracanie uwagi na konieczność tradycyjnego sposobu jej wytwarzania możemy tylko zyskać .

Wszędzie najlepsza żywność wytwarzana jest głównie na rynki lokalne, nie na eksport.W Polsce ten proces się zaczął i mam nadzieję, że zostanie podtrzymany.

Tyle o mące, wciąż zajmującej podstawowe miejsce w kuchni polskiej, która jest jedną z najlepszych na świecie ( nie tylko moim zdaniem), na początek .

Po pierwsze cierpliwość.

Czy jeszcze pamiętają Państwo, że istnieje taka wartość  ? : )

Biegniemy codziennie . Po pieniądze, przedmioty, po zdrowie – najlepiej wszystko od razu, nie chcąc nawet skojarzyć, że wszystko naraz niekoniecznie musi oznaczać utrzymanie tego w zadowalającym nas okresie, czyli do końca życia : ) .

W biegu pomijamy doświadczenie, a ono uczy, że większość z tego, co nagle, nie jest równoznaczne z ” najlepiej ” . Nie chce nam się zapoznawać z procesami natury, z wiedzą przekazywaną od pokoleń – po co, przecież „i tak umrzemy” . Gdyby w ten sam sposób myśleli przodkowie….

Na szczęście myśleli zupełnie inaczej, stąd sam szacunek do ludzi, którym zawdzięczamy bogactwo informacji, wymaga odpowiedniego podejścia, więc i czasu .

Możemy powierzyć założenie ogrodu typowej firmie, zakreślając zaledwie obszar, życzenia, wymagania . Możliwe, że będziemy zadowoleni . Jak długo – to kompletnie inna sprawa : ) .

Weźmy pod uwagę przeciętną rodzinę, w której przecież żyją niecałkiem przeciętni ludzie: każdy z nich, nawet, gdy statystycznie ( koszmarne ujęcie obrazu społeczeństwa ) odpowiada mu „wszystko”, co ma do zaoferowania „przeciętna ” firma ogrodnicza, w końcu jest innym od kolejnego,

posiada :

    specyficzną konstrukcję zdrowotną

    marzenia

    potrzeby

    poczucie estetyki ….

które nie muszą odpowiadać pozostałym członkom rodziny . Dopasowanie otoczenia tak, aby był ono radością i pożytkiem dla wszystkich mieszkańców jest wyzwaniem i wymaga nie tylko wiedzy i doświadczenia, ale i możliwości współpracy z Ludźmi poszukującymi wskazówek, zrozumienia dla ich idei kształtowania otoczenia na lata, nie na chwilę .

Owszem, komuś może zależeć na kawałku ziemi, na którym corocznie będzie eksperymentował, zmieniając wszystko wedle mody, zapatrywań , etc., ale wtedy nigdy nie stworzy ogrodu, który jest jego autentycznym wyrazem, nie mówiąc o tym, że nie doczeka wspaniałości dojrzałych roślin .

Ogród i tak się zmienia, codziennie, SAM.

Owszem, można błyskawicznie wykreować piękny zakątek sadząc wyrośnięte, obficie poganiane do wzrostu rośliny, którym bez nawozów zajmie parę lat zanim przyzwyczają się do nas …lub nie, ewentualnie radośnie je dokarmiać sypiąc chemię w swoje podwórko, można sadzić modne, zmodyfikowane kreaturki, aby potem zdziwionym stwierdzić, że pszczoły nie chcą na nich siadać, można instalować systemy nawadniania, aby następnie walczyć z ” tymi wstrętnymi ” ślimakami – oczywiście chemią, można też obserwować, jak żółkną nieomal sztuczne iglaki i zastanawiać się, dlaczego, ale można też inaczej .

Można bowiem tak zaplanować i ucieleśnić swoje wyobrażenie miejsca na życie, aby, poza codzienną radością, z roku na rok nie musieć pracować w nim…coraz więcej : ).

Lubimy harówę w zieleni ? Ależ tak . Ale z wiekiem sił nie przybywa, czasu też jakby nie, a porządku dookoła by się chciało….

Od czego zacząć ?

Jeżeli już kawałek ziemi mamy, od rozpoznania jej właściwości, tzn : czy jest kwaśna, czy wapienna itp., czy poziom wód gruntowych zadowalający, czy dużo żył wodnych, ile opadów średnio, czy teren często nawiedzają wichury ….to wszystko naprawdę ma znaczenie, jeżeli nie chcemy sadzić roślin, które  i tak nie będą miały ochoty tam mieszkać .

Nawiasem mówiąc, jakość ziemi można poznać choćby po roślinach, które już tam są – to one powinny być pierwszymi doradcami . Weźmy wrzos : tam, gdzie naturalnie występuje, nie ma co marzyć o znalezieniu wody płyciej niż 2 metry pod ziemią .

Jeżeli dopiero zakup planujemy ….. wszystko, co wyżej wymienione, wciąż aktualne : ) plus więcej : warunki niezadowalające możemy odpuścić i poszukać właściwych .

Co znaczy „właściwych ” ? Z idealnym miejscem na Ziemi jest trochę tak, jak z idealnym …życiem. Prawie każdy wyobraża sobie, że jest, ale kiedyś przychodzi dzień, gdy wiadomo, że …….: )

W poszukiwaniu miejsc właściwych  musimy więc wziąć pod uwagę indywidualność osób, które będą chciały tam osiąść . Dlaczego ?  Dlatego, że np. osoby cierpiące na astmę nigdy nie powinny się osiedlać w pobliżu skupisk silnie uprzemysłowionych, reumatycy i… melancholicy – na bagiennych dolinach ( ale czasem górka niedaleko bagiennej doliny już ma całkiem inne właściwości ) itd.

Na takie przebieranie możemy sobie rzecz jasna pozwolić dysponując odpowiednią ilością środków płatniczych :), a co, jeżeli mamy „akurat na to i na nic innego „? 

Wtedy należy zrobić wszystko, aby miejsce, które nam się trafiło, uczynić najlepszym z możliwych .Jak ? Stosując wiedzę przodków, gdyż nowoczesne technologie raczej nam w tym – w ogromnej większości – nie pomogą . 

To w skrócie, co ustalamy, kiedy chcemy się zabrać za miejsce do życia .

Za dużo filozofii ? No cóż, Państwa decyzja, ale patrząc, ile czasu poświęca się czasem doborowi sukienki lub krawata, trochę mnie dziwi, że dom można nabyć tylko dlatego, że „jest niezła oferta mieszcząca się w posiadanych środkach”.

Kiedy takie ustalenia podjąć ?

To zależy .

Może to zabrzmi śmiesznie i sprawi, że wielu z Państwa zakończy lekturę na tej stronie, ale TO się sprawdza : nie szukajmy miejsca na dom ani domu przy samej pełni Księżyca – wtedy bardzo łatwo o błędne wybory materialne .

Kiedy już znajdziemy coś, co by nam odpowiadało ….Prześpijmy się z tym tematem w dzień, w którym Księżyc znajduje się w znaku Raka, kiedy intuicja wyśrubowana jest do maksimum – oczywiście, jeżeli jej nie zabiliśmy obłędem mierzenia i ważenia najlżejszych jej odruchów ; ) . Przemyślenia w takim czasie ukierunkują instynkt, a ten powie nam, czy miejsce jest dla nas .

Tyle o cierpliwości- jednym z elementów sztuki uważnego podejmowania decyzji .

Dom: życie, zdrowie, bezpieczeństwo.

Wstępu część czwarta, ostatnia .

Było o Księżycu, ziołach, relacjach z otoczeniem, więc czas na dom, aby był nim naprawdę . Fakt, że niektórzy traktują dom jak sypialnię z wyszynkiem, pominę milczeniem :ilu ludzi, tyle opinii ;jeżeli ktoś uważa, że miejsce, w którym codziennie zaczyna się i kończy jego dzień, nie ma większego znaczenia, nie mają znaczenia materiały, z jakich jest zbudowany, nie mają znaczenia kolory, przedmioty, usytuowanie…- jego sprawa, byłoby nam jednak miło, gdyby zechciał wykorzystać choć cząstkę wiedzy na temat dobrego domu – dobrego, znaczy domu żyjącego, ciepłego i pozwalającego żyć jego mieszkańcom ( nie ważne, że dla niektórych zabrzmi dziwnie, kiedyś to powiedzieć trzeba 🙂  ) i po prostu spróbować wprowadzić małe zmiany . Gdyby nie – nikt zmuszać nie będzie : ) .

Sam dobór odpowiedniej dla nas formy architektury jest tematem – rzeką, zacznę więc od tego, co nas otacza, od ciągłego tańca z elementami naszego środowiska .Sposób, w jakie zmieniamy je my, pozwala przypuszczać, w jaki sposób będą one zmieniały nas – proszę o tym pamiętać wprowadzając wrogie żywym organizmom materiały do ich przestrzeni .

O tym, co powinniśmy zbudować  i jak mieszkać informuje nas nie tylko nasza biologia, ale i psyche – stąd wynikają rezultaty, a że są one często dziś, powiedzmy delikatnie, mocne ; ), świadczy to o co najmniej zapętleniu w świecie nadmiaru . Niestety, nadmiar tyczy przeważnie rzeczy zbędnych.

Podobnie z odżywianiem : jesteś tym, co jesz . Dalej: tym, jak i gdzie mieszkasz, co czynisz sobie i innym, etc.

Poprzez uważne studiowanie i próby pojmowania symetrii w naturze, też symetrii pól elektrycznych, które wpływają na zdrowie, czy nam się to podoba, czy nie, odkrywamy proste wzory . Te proste wzory znane  od niepamiętnych czasów są deformowane wszelkimi dostępnym metodami i wysiłkami głównie w jednym celu : zysku, tymczasem prostota jest ważna, bo nie zawodzi nigdy : dostajesz to co widzisz .Co możesz potwierdzić oglądem historii, co możesz w każdej chwili odczuć, sam spróbować .

Raz wykształcone poczucie odpowiedzialności za życie swoje i najbliższych, za świat, w którym żyjemy, jest siłą, której już nigdy nie zechcemy się pozbyć, ponieważ widzimy, że pozwala nam ona podejmować decyzje dobre . Myślę, że człowiek, któremu dano szansę postępowania dobrze i widzi tego owoce, niełatwo sięgnie po dobra przeciwieństwo, więc jest to, mówiąc nieładnie, lecz prawdziwie, w interesie wszystkich .

Zwracając się w stronę pięknej archiektury, łagodnego kształtowania miejsc do życia dostrzegamy, dlaczego kształtowanie żywej przestrzeni musi stworzyć energetycznie żywą przestrzeń – żywą, czyli tam, gdzie energia może wydajnie oddychać, więc i  wielokrotnie powiększać rezonans zwany świadomością : cel wszystkich żywych systemów .

Przestrzeganie rytmów natury, działanie razem z nią, dobór elementów, wykorzystanie istniejących i umiejętne włączanie upragnionych, odkrywanie siły człowieka i umiejętność jej wykorzystania, bogacenie otoczenia bez szkodzenia jego harmonii – to pokrótce zakres naszej ( bez nacisku na własność :), zaledwie z podkreśleniem naszego upodobania do niej ) filozofii, którą  dzielimy  się chętnie, serdecznie witając każdą Indywidualność  .  🙂

P. S. Kontakt mamy nadzieję wkrótce, prosimy jeszcze o wyrozumiałość.

Zioła: dar znieważony.

Wstępu część trzecia :dlaczego zioła są dobrem i tylko od naszej odpowiedzialności zależy, czy nim pozostaną .

Nad tym, jak bardzo usiłowano zdeprecjonować zioła -głównie zioła w postaci naturalnej – jako lek, rozpisywać się nie będę, w wystarczającym stopniu zaangażowali się w to inni.

Pokrótce rozważę, co oznacza właściwie pojęcie „zioło trujące” 🙂 i jak ewoluowało ono na przestrzeni wieków, aż do dnia dzisiejszego, w którym to uraczono nim prawie wszystko, co zielone .

Kiedyś jako trujące  uważane były wyłącznie te, których naprawdę maleńkie dawki mogły wywołać potężne, toksyczne działanie – zaznaczano jednakże, że aby je stosować, trzeba się umieć z nimi obchodzić . Dzisiaj z kolei na przykład za trującą uważana jest naparstnica, pierwotnie popijana w formie herbatki przy osłabionym sercu.

Strach i możliwości manipulacji nim przeciągnęły granice normalności poruszania się w świecie roślinnym do absurdu uznając za „trujące” rośliny jedzone od lat w sałatkach i dodawane do podstawowych potraw bez żadnych szkód dla organizmu.

Paracelsusowskie „wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną, a różnica leży w dawce” wyparły teorie przemysłowe, którym nie towarzyszy jednak wzmianka, że jeśli przyszłaby nam ochota wypicia 10 litrów wody bez uzupełniania soli, możemy się liczyć z przekroczeniem Styksu: wodą też się można zatruć, szczególnie silnie chlorowaną .

Przyznać wypada, że między korzyścią a szkodą czasami jest bardzo mała odległość, ale to nie uwalnia nas od tej odległości poznania: od odpowiedzialności, dzięki której dopiero skłonimy się do zdobycia informacji, a ta- pomoże nam dokonać wyboru .

Słysząc „roślina trująca”, mówię najczęściej :nie .Ponieważ zwykle trujące (nieumiejętnie użyte ) są jej części, o wiele rzadziej – cała. Czy są rośliny ” w ogóle nietrujące” ? Owszem, są za takie uznane, choć przypominam historię o wodzie 🙂 .Przy roślinach uważanych za „całkiem bezpieczne ” pomija się, że zwykle nawet w wysokich dawkach nie wykazują one pożądanego, silnego działania terapeutycznego, czy powinniśmy więc na znajomości tych „bezpiecznych” poprzestać ?

Od małego dzieci ostrzegane są przez rodziców przed „trującym zielskiem” i na efekty czekać nie trzeba : człowiek rośnie, dojrzewa i całe życie trwa przeświadczony  o „szkodliwości zielska” . A przecież świat nie jest czarno-biały, również dzieci należy zapoznawać z właściwościami przyrody, w innym przypadku doczekamy się dziedziczonej ułomności, wyrwie w ludzkiej świadomości oznaczającej brak możliwości nawiązania kontaktu z naturą.

Z prawdziwą przyjemnością oglądam Mamy opowiadające o naturalnym wychowaniu dzieciaków, nie wstydzące się przyporządkowania ich do „ciemnoty i zabobonu „, od czego w istocie są jak najdalej. Podziwiam odwagę Pani Reni Jusis promującej naturalne m.in.środki do prania . Trzymam kciuki za ludzi nie wahających się wyrazić swojej opinii o szkodliwości agresywnych środków wielkoprzemysłowych i proponujących uzupełnianie wiedzy o naturze : są bardzo, ale to bardzo potrzebni szczególnie w czasach, w których  przypisywaniem właściwości nowotworowych można dziś zdyskredytować każdą wartościową medycznie roślinę .To nie fair, że w roli prekursora raka przedstawia się roślinę podczas, gdy chodzi o  wyizolowane z niej składniki- te podaje się doświadczalnym zwierzętom tak długo, w takich dawkach , aż się rozchorują .

A przecież wystarczy zwiększyć dawkę, by zaszkodziła każda substancja.

W życiu bierze się całe rośliny lub ich części, stosując je w małych, powtarzanych dawkach, wiedząc o kumulacji niektórych składników i uważając na to: jeżeli się wie. Jeżeli się nie wie, czyja to jest wina ? Może głównie nasza, naszego wygodnictwa ?

Nikt nie odżywia się miesiącami pokrzywą czy podbiałem, którą to metodę stosuje się w testach na np.szczurach. Pomijam, że szczurzy organizm nie jest nam bliski aż tak dosłownie 🙂

Ofiarą kampanii antyziołowej stały się po wiekach korzystania rośliny z alkaloidami pirolizydynowymi, np.żywokost, ogórecznik, lepiężnik, podczas ,gdy pirolizydynowe to cała grupa alkaloidów o najróżniejszym działaniu.

Podobnie zioła zawierające kumarynę, saponiny i in.

Za toksyczny uznano nawet cynamon, w czasie ( na szczęście wyśmianego przez naród, więc zduszonego w zarodku ) obłędu w Niemczech ostrzegano przed  piernikami zawierającymi cynamon .

  W roślinach substancje uznane za „groźne ” w oficjalnych środkach przekazu, nie są wyizolowane, są jednymi z wielu, w wyjątkowych, niepowtarzalnych mieszankach stworzonych przez naturę. Te same substancje wyizolowane mogą być bardzo niebezpieczne i jeśli całe zioło jest uznane za „nietrujące” .

Mówi się o potrzebie standaryzacji, ale my, ludzie jako jednostki też nie jesteśmy ” z taśmy” .Tak samo rośliny zawierają, zależnie od gleby, pory dnia, pogody, różne ilości swoich substancji, stąd wiedza musi być jak najpełniejsza, stąd zaczęto preparaty ziołowe standaryzować, ale jak przetrwaliśmy jako gatunek tyle czasu nie mając do dyspozycji tych „słusznych standardów”?

I tu należy wspomnieć o różnicach : substancje silne, jak np.kolchicyna czy digitalis faktycznie bezpieczniejsza jest w formie preparatu stosowanego pod uwagą osoby znającej jej zastosowanie i dawki wyjątkowo dobrze, ale jest mnóstwo innych składników, które najlepiej działają podane z tymi, z którymi zostały stworzone, więc w całej roślinie /jej części.

Dlaczego stara, a wciąż stosowana na Zachodzie metoda matek polegająca na  np.podaniu dziecku (od szóstego miesiąca ) w przypadku biegunki dojrzałego, roztartego banana i startego z łupiną jabłko (pektyna zbiera wodę i zapobiega biegunce), ma być gorsza od szpikowania maleństwa chemią ? Ponieważ boimy się tak bardzo, że nie jesteśmy już w stanie przy najlżejszym zaburzeniu ocenić stanu własnego dziecka ? Wypada złożyć gratulacje tym, którym to bardzo, ale to bardzo na rękę.  Oczywiste, że dobro dziecka jest dla rodziców priorytetem ,ale czy właśnie dlatego nie powinniśmy zdobywać wiedzy o jego naturalnym dobrostanie, o jego naturalnych reakcjach? Kto ma to wiedzieć lepiej od rodziców ?

Pisząc w następnych odcinkach również o ziołach, będziemy zwracać uwagę na aspekty ich dostępności oraz efektywność, ale tak naprawdę nikt nie powie Państwu o nich wszystkiego, podobnie, jak nikt nie zagwarantuje Państwu bezpieczeństwa ich użycia :przecież każdy z nas jest indywidualnością i tylko każdy z nas ma prawo decydować o tym, co mu odpowiada, co nie – dlatego świadomość łączności z naturą nie może być tylko pustym hasłem .